Reklama

Lebiega Artymowicz otrzymała już tyle szans od zdesperowanych salonów i wszystkie tak spektakularnie spieprzyła, że z czystym sumieniem można lebiegę oddelegować do archiwum, gdzie leżą akta Osieckiego i Hypkiego. Ale nie takie rzeczy widzieliśmy w wykonaniu desperatów w walce o lepsze jutro, dlatego nie ma co współczuć, trzeba wbijać w dupę osikowy kołek każdej lebiedze, która ma bodaj teoretyczne szanse na odrodzenie. Artymowicz płodząc swoje rozprawki kabotyńskie zawsze i wszędzie posługuje się nieodzowną triadą: kłamstwo, wodolejstwo, prostactwo. Kto jeszcze nie wpadł na schemat poligraficzny weekendowego kierowcy powietrznej motorynki, niech sobie weźmie dowolną produkcję i przyłoży do niej opisaną kalkę, nie ma siły, żeby się cokolwiek na milimetr przesunęło w treści i formie. Niestety dla Artymowicza forma mu gwałtownie pikuje, przez co treść staje się… no i tutaj mi języka w gębie brakuje, bo powtarzanie komplementów w stylu: żałosny, infantylny, propagandowy, kompletnie się w przypadku Artymowicza zużyło. Mam prośbę, proszę by każdy zainteresowany poszukał sobie odpowiednich słów, a ja skupię się na najnowszej bajce dla ubogich, którą Latający Czestmir opowiedział dziatwie oddającej cześć pogańskiemu bóstwu – siwej roślinie. Parę tygodni temu przyłapałem Artymowicza na łgarstwie założycielskim: „jestem pilotem od 14 lat” i długo nie trzeba było czekać na odzew. Potomek białoruskich stalinowców zdążył się zorientować, gdzie sobie może włożyć swoje prawne pogróżki i w przenikliwości swojej zauważył również, że sąd to ostanie miejsce, do którego powinien zaglądać. Tylko niebywałej wyrozumiałości rodzin pilotów i generałowej Błasik zawdzięcza to, że do tej pory nie wyskoczył z ostatnich majtek, czy tej dyżurnej trącającej hipermarketowym łososiem koszuli. Propagandowy żul, który nazwał zmarłych pilotów zabójcami, a ich dowódcę chu…m, łba nie wychyli zza klawiatury, bo by się do końca życia nie wypłacił, ani finansowo, ani wizerunkowo, czego i tak odkupić się nie da.

Przyłapany na setce kłamstw i pomówień zmienił taktykę i z prężenia mułów przeszedł na podwijanie ogonka, oczywiście w swoim stylu. Ad personam w przypadku Artymowicza jest niezbędnym podkreśleniem ad rem, ale żeby nie zachwiać proporcji w tej chwili przechodzę do konkretów. W ostatnim tekście opisałem „kwalifikacje” Latającego Czestmira http://kontrowersje.net/artymowicz_privat_pilot_faa_bzdura_wysoko_kwalifikowany_pilot_wojskowy i po fakcie muszę przyznać, że w paru miejscach zagrałem blefem, aby wydobyć z kabotyna weryfikację, co też się stało. Przyłapany za wolant, „pilot” Artymowicz zaczął w cienko piszczeć na starą nutę. Najpierw postraszył w S24 kilku nieboraków, którzy przestraszyć się dali, potem do spółki z dyżurnymi kapusiami zameldował administracji „naruszenie prawa”. S24 to oddzielna beczka śmiechu moderowana przez blisko siedemdziesięcioletnie ciotki i smarkatych adminów, ale efekt jest taki, że sprawę wyczyszczono. Zniknęły fotografie pokazujące proporcje między motorynką, psem i Artymowiczem, zniknęła historia lotów motorynki o nr C-GDOC. Jak wiadomo przyroda nie znosi pustki i zamiast faktów pojawiła się bajka o Latającym Czestmirze. Pierwsze wersy bajki przeczytał narrator, niejaki Wadams i o ile Artymowicz może się czymś pocieszać, to właśnie Wadamsa jestestwem. Pocieszenie Artymowicza poszło na odsiecz i wybąkało coś takiego:

„Matka Kurka wszedl na strone FlightYracker i wysnul wniosek, ze pawel Artymowicz wykonal ostatni lot w pazdzierniku 2011…a wiec jego uprawnienia sa teraz nieaktualne.
To klamstwo i totalna bzdura bo jeszcze przed ta zima, w roku 2012 lecialem z Pawlem jako pasazer i podziwialem jego umiejetnosci akrobacji lotniczej…w tym mistrzowsko wykonana beczke.

Malo ktory pilot komercyjny ma mozliwosc wykonania beczki bo na duzych samolotach normalnie nie robi sie takich manewrow.

Jesli chodzi o Flight Tracker to jego dokladnosc w stosunku do lotow malych samolotow nie jest zbyt duza. Okazayjnie wylapie jakas dluzsza wycieczke do USA (a taka Pawel robil w pazdzierniku 2011) ale krotkie, lokalne loty nad Kanada nie sa tam rejestrowane zbyt dokladnie, jesli w ogole.

Matka Kurka (oraz wszystkie jego wcielenia i jego akoloici) to ordynarny, obrzydliwy klamca.”

Wadams jak widać jest niezły zawodnik, chciałby pożyczyć łososiową koszulę od mistrza i wystąpić jako ekspert od obrony mistrza, ale podobieństwo między uczniakami sprawiło, że się narobiło. Brak koordynacji łgarstwa wywołał odpowiedź, która będzie kluczem do najnowszego błazeństwa Artymowicza:

„o rany, wadams, dzieki ze mnie bronisz, ale obawiam sie ze ci pinheadzi… teraz jak sie zorientuja ze strzelili kula w plot to przestana i rzeczywistosc znow stanie sie szara i nudna. musze cos zrobic zeby temu zapobiec:

tak, to prawda – nie mam zadnej licencji, poza tym juz wygasla.
ale najwazniejszej rzeczy nie zauwazyliscie. ten tracker to tylko w jedna strone przesledzil lot. bo samolot w 2011 sprzedalem!

(:-))))”

Źródło smarkatej wymiany zdań: http://pantryjota.salon24.pl/500934,prawda-klasy-prawda-salonu-i-prawda-jako-taka

Taka była pierwsza reakcja Artymowicza i misiów dyżurnych o jeszcze mniejszych rozumkach. Wersja robocza zabrzmiała głośnym prostackim śmiechem: FlightTracker kłamie i w ogóle jest cienkie, w 2012 roku Wadams kręcił beczkę na pokładzie C-GDOC, który pilotował Artymowicz. Pierwsza wirtualna beczka była wykręcona tuż nad wieżowcami Toronto, co skończyłoby się zdjęciem pilota na tle ściany z podziałką milimetrową, dlatego potem załoga przeniosła się na prerię. Tak czy inaczej nawet rozkojarzony napływem słonecznej pogody i zimnego piwa Czytelnik szybko wyłapie, jak się załoga „przefrunęła” motorynką widmo „Latający Holender”. Ha, ha w 2011 poleciałem w jedną stronę, bo sprzedałem, Matka Kurka łże. Ha, ha, w 2012 latałem w obie storny, Matka Kurka łże. Kolejność astronomiczna jest taka, że Artymowicz latał ostatni raz C-GDOC w 2011 i dlatego faktografia Matki Kurki jest „ha, ha”. Gdyby jednak to nie przekonało „normalnych” i nie spiskowców, to Wadams zapewnia, że na sprzedanym w 2011 roku samolocie, kręcił z Artymowiczem beczkę w 2012 roku. Zabili go i uciekł, ale to jeszcze nie koniec bajki. Minęło kilka dni, które dostarczyły nowych informacji na temat kompetencji Artymowicza. Ktoś się dokopał do informacji, że pan „ekspert” piszący o tym jak działa, czy nie działa ILS, o tym jak się pilotuje we mgle na przyrządach, nie ma uprawnień do takiego pilotażu. Ktoś inny słusznie zauważył, o czym sam pisałem, że licencja FAA jako taka jest oczywiście „dożywotnia”, ale wymaga okresowych badań medycznych i stażu pilotażowego. Innymi słowy, w wyznaczonych cyklach pilot musi przedstawić odpowiedni nalot i świadectwo zdrowia, w przeciwnym razie nie ma prawa zasiąść za sterami samodzielnie.

Artymowicz jakimś porywem intelektu zorientował się, że wdepnął w sam środek własnej śmieszności i zaczął płodzić historię bardziej „wiarygodną” http://fizyka-smolenska.salon24.pl/504140,37-nauka-wolnosc-piekno-przygoda Nim wyśmieję 154 wersję prawdy Artymowicza, zwracam uwagę, że Latający Czestmir musi mieć bardzo ciężkie dni, bo w bajkowym tekście jak nigdy zawiera się pokora i nawet kilka faktów. Artymowicz przyznaje, że lata rzadko, że nie ma uprawnień do pilotowania samolotu według przyrządów, tylko „musi wypatrywać ziemi”. Mało tego! Latający Czestmir, który „wyliczył” błędy, pisząc o kwestiach, które go na każdym polu przerastają, przyznaje w bajkowym tekście, że dał dupy przy lądowaniu i to w tak prostej kwestii jak azymut, który mają opanowani harcerze. To się chwali, w końcu mamy półgodzinny program pod tytułem „Minuta prawdy”, w wykonaniu „eksperta”, ale dalej bez niespodzianek. Ni stąd ni zowąd FlightTracker stał się wiarygodny i właściwym, profesjonalnym narzędziem weryfikacji historii lotów. Na stronie pojawiły się dwa loty, wykonane C-GDOC wykonane w dniu 27 i 28 kwietnia 2013, przypominam, że mówimy o tym samym sprzedanym w 2011 roku samolocie. Historia nie zawiera wielu danych, ale wystarczy przeanalizować nazwy dwóch lotnisk, żeby widzieć co też niedzielny pilot motorynki widmo znów wyprodukował, a czego inaczej niż komedią nazwać się nie da. 27 kwietnia C-GDOC wystartował o 07:18PM EDT z lotniska Buffalo Niagara Intl (KBUF) i wylądował o 09:05PM EDT na lotnisku Teterboro (KTEB). Co ciekawe loty z 2011 października miały niemal identyczny przebieg, Artymowicz wsiada w furgonetkę albo autobus i grzeje z kanadyjskiego Toronto do amerykańskiego Buffalo 172 km, gdzie w hangarze stoi C-GDOC.

Zadam w tym miejscu takie banalne pytanie. Jaki idiota „garażuje” swojego pierdopęda 172 km od miejsca zamieszkania, w dodatku w sąsiednim i droższym w obsłudze takich przyjemności kraju? O to nawet Artymowicza nie podejrzewam, który lotnym dosłownie i w przenośni nie jest. Nie ma hangarów w Toronto do wynajęcia? A właściwie po jaką cholerę hangar, kiedy ten latawiec jest wielkości przeciętnej amerykańskiej furgonetki? I pytanie drugie. Czy Artymowicz sprzedał C-GDOC, ale taki ma sentyment do Air Force, że grzeje prawie 200 km, aby znów poczuć wolant ulubionej maszyny? Czy nie ma w Toronto szkoły latania wynajmującej podobne pierdopędy? Istnieją dwa racjonalne wytłumaczenia, no może trzy. Po pierwsze Artymowicz nigdy pierdopęda nie kupił, a co najwyżej dołożył parę dolarów do rodzinnej lub kumpelskiej inwestycji. Po drugie Artymowicz ma lotnicze znajomości i jakiś zamożniejszy właściciel motorynki widmo pozwala się Czestmirowi od czasu do czasu „karnąć” do kościoła. Po trzecie C-GDOC należy do jednej z amerykańskich szkół lotniczych, która szkoli i obsługuje pragnienia niedzielnych pilotów. We wszystkich trzech wersjach, Artymowicz przy takiej częstotliwości lotów MUSI MIEĆ PASAŻERA i sam się do tego przyznaje, ale zapomina dodać, że ten pasażer jest instruktorem lotów, bo z żadnym innym pasażerem Czestmir, jako niedzielny pilot, nie ma prawa dotknąć wolantu.

Z Bufflo poleciał Czestmir na pizzę do Manhattanu i wrócił w niedzielę do Toronto. Te dwa krótkie loty wykonane na chybcika, żeby zatrzeć wrażenie kompletnej błazenady, potwierdzają jednoznacznie, że mamy do czynienia z kompletnym amatorem, co więcej niedzielnym pilotem jednej jedynej motorynki, bo niczym innym Artymowicz latać nie potrafi. Naturalnie w bajce Artymowicza mamy tysiące metafor, paraleli, ornamentów grafomańskich i całego tego bełkotu „paralotniczego”, który ma przykryć bezdenną pustkę kompetencji. Fachowe pojęcia, fachowe parametry, fachowe analizy i tylko na pas nr 15 w biały dzień pajac trafić nie umie. Piszę „enty” tekst o człowieku, który nie zasługuje na jedno słowo, ale też „enty” raz pokazuję, jacy kabotyni zostali zatrudnieni na propagandowym froncie smoleńskim. Całymi dniami i nocami szuka się kompromitujących informacji dotyczących Biniendy, tymczasem błazna opowiadającego niestworzone rzeczy przedstawia się w studiu telewizyjnym jako: „pilota i eksperta od wypadków lotniczych”. Macierewiczowi wynajdą trzy słowa powiedziane w MDK Kilece, temu propagandyście żałosnemu nie sposób wytknąć komedii wygłaszanych z Toronto i Nowego Yorku.

Reklama
Poprzedni artykułRozdziobie nas bankierski bolszewizm…
Następny artykułNa naszych oczach nowoczesność staje się wiochą
Matka Kurka
Młody, wysportowany, inteligentny, przystojny, czuły mąż i ojciec. Geniusz i wirtuoz klawiatury, błyskotliwy analityk rzeczywistości wszelakiej. Kochany i rozchwytywany, bezkompromisowy, skromny, wyrozumiały. 1. Ulubiona potrawa: żur na zakwasie. 2. Ulubiona kapela: muzyka z tamtych lat. 3. Ulubiony kolor: brak danych. 4. Ulubione słowo: ja. Wolny, żonaty, pijący daltonista.

8 KOMENTARZE

  1. Na s24 dokonałem jednego
    Na s24 dokonałem jednego wpisu – oto jak to wyglądało:
    Piszę se jakieś 2 miechy wstecz, że nie ma mowy o wersji brzozowej, m.in. ze względu na dane jakie mamy z filmu motolotniarza, a mianowicie: odległości między kolejnymi drzewami, wysokości kolejnych drzew na torze lotu tutki, dodaję, że możemy przyjąć, że niektóre drzewa od 10 kwietnia do jesieni (wtedy dokonano nagrania) nieco urosły  – dajmy na to, że na tej trotylowej ziemi nawet niechby i metr. Dodaję też, że brzoza obalona jest prostopadle , a nie równolegle do toru lotu. Rzuciło się na mnie kilku, w tym niejaki "nudna teoria", że sprawa została wyjaśniona, ponieważ samolot zdążył między drzewami przekręcić się pięknie i ominął przeszkody – ja na to: nie mógł ominąć tych drzew, bo choćby i Protasiuk i sam samolot chciał to nie dałby rady, bo by nie zdążył, ponieważ gdy rzekomo skrzydło waliło w brzozę to dziób tutki był ok. 20 metrów dalej czyli właściwie niemal stykałby się już z dwoma potężnymi drzewami na swojej drodze (plus ok. pięcioma kolejnymi, mniejszymi od tych dwóch, ale wyższymi od brzozy – tu już nie dziób, a obydwa skrzydła) i żadne 14 stopni kątu wznoszenia nijak nie pozwolą wznieść się na 20-30 metrach o conajmniej 15 – 20 metrów. No to napadnięto mnie kolejny raz, że pierdolę bez sensu. Podpowiedziałem żeby włączyli dziewiątą i dziesiątą minutę filmu Gargas, wyłączyli dźwięk, aby ich lektor nie sugerował niczym i żeby nanieśli sobie wymiary maszyny czyli 40 metrów szerokości i podobnie długości, spojrzeli na wymiary drzew, odległ. między nimi i niech mi wytłumaczą jakim cudem nie tylko drzewa stoją  to jeszcze nie widać żadnych ubytków w ich gałęziach nawet gdyby w przeciągu dwóch tysięcznych sekundy samolot obrócił się o 90 stopni i cudownie ominął pnie i gałęzie. Zostałem oczywiście oszołomem, postanowiłem wyrejestrować się z s24, ponieważ Janke niechcący stworzył tam środowisko debili, a więc nic tam po mnie.
    PS. Czytałeś może tak z tydzień temu w "wpolityce" ripostę Dąbrowskiego na wypociny Setlaka?
    PS.2. Wiem, że nie trawisz pochwał, ale za to co robisz z kłamcą smoleńskim Artymowiczem nie mogę nie bić braw. Niszcz tego śmiecia, a do tego wystarczy grzebanie w jego życiorysie i wychwytywanie niezliczonej ilości kłamstw.

  2. Na s24 dokonałem jednego
    Na s24 dokonałem jednego wpisu – oto jak to wyglądało:
    Piszę se jakieś 2 miechy wstecz, że nie ma mowy o wersji brzozowej, m.in. ze względu na dane jakie mamy z filmu motolotniarza, a mianowicie: odległości między kolejnymi drzewami, wysokości kolejnych drzew na torze lotu tutki, dodaję, że możemy przyjąć, że niektóre drzewa od 10 kwietnia do jesieni (wtedy dokonano nagrania) nieco urosły  – dajmy na to, że na tej trotylowej ziemi nawet niechby i metr. Dodaję też, że brzoza obalona jest prostopadle , a nie równolegle do toru lotu. Rzuciło się na mnie kilku, w tym niejaki "nudna teoria", że sprawa została wyjaśniona, ponieważ samolot zdążył między drzewami przekręcić się pięknie i ominął przeszkody – ja na to: nie mógł ominąć tych drzew, bo choćby i Protasiuk i sam samolot chciał to nie dałby rady, bo by nie zdążył, ponieważ gdy rzekomo skrzydło waliło w brzozę to dziób tutki był ok. 20 metrów dalej czyli właściwie niemal stykałby się już z dwoma potężnymi drzewami na swojej drodze (plus ok. pięcioma kolejnymi, mniejszymi od tych dwóch, ale wyższymi od brzozy – tu już nie dziób, a obydwa skrzydła) i żadne 14 stopni kątu wznoszenia nijak nie pozwolą wznieść się na 20-30 metrach o conajmniej 15 – 20 metrów. No to napadnięto mnie kolejny raz, że pierdolę bez sensu. Podpowiedziałem żeby włączyli dziewiątą i dziesiątą minutę filmu Gargas, wyłączyli dźwięk, aby ich lektor nie sugerował niczym i żeby nanieśli sobie wymiary maszyny czyli 40 metrów szerokości i podobnie długości, spojrzeli na wymiary drzew, odległ. między nimi i niech mi wytłumaczą jakim cudem nie tylko drzewa stoją  to jeszcze nie widać żadnych ubytków w ich gałęziach nawet gdyby w przeciągu dwóch tysięcznych sekundy samolot obrócił się o 90 stopni i cudownie ominął pnie i gałęzie. Zostałem oczywiście oszołomem, postanowiłem wyrejestrować się z s24, ponieważ Janke niechcący stworzył tam środowisko debili, a więc nic tam po mnie.
    PS. Czytałeś może tak z tydzień temu w "wpolityce" ripostę Dąbrowskiego na wypociny Setlaka?
    PS.2. Wiem, że nie trawisz pochwał, ale za to co robisz z kłamcą smoleńskim Artymowiczem nie mogę nie bić braw. Niszcz tego śmiecia, a do tego wystarczy grzebanie w jego życiorysie i wychwytywanie niezliczonej ilości kłamstw.

    • Nic nowego: kłamstwo,
      Nic nowego: kłamstwo, wodolejstwo, prostactwo. No i może jednak odrobina wstydu z dużo większą dozą strachu, ponieważ co bardziej kompromitujące komentarze białoruski astronom usunął. On nie może wyjść z kompromitacji suchą stopą, ponieważ przedstawiony przebieg zdarzeń, to nie mój wymysł, ale jego łgarstwa uporządkowane chronologicznie. Jak można odpowiedzieć na pytanie: “Czy sprzedałeś, czy latałeś?”, żeby nie potwierdzić przynajmniej jednego kłamstwa i śmieszności? Jak można odpowiedzieć na pytanie: “Czy FlaingTracer jest wiarygodnym źródłem, czy FT kłamie?”, skoro raz Artymowicz z kumplami wyśmiewa FT, a drugim razem podaje link do tej strony na dowód swoich lotniczych wyczynów. Błazen łże, a przyłapany na kłamstwie opowiada 1000 odwracających uwagę idiotyzmów, zamiast pokazać “papiery”. To kompletna lebiega, taki z niego pilot jak z meksykańskiej pomocy domowej, a esbeków i stalinowców w drzewie genealogicznym jak skwarków w dobrej kaszy. Odrażający buc i całe swoje załgane jestestwo wyniósł z komuszego podwórka. Jego wywody jako żywo przypominają Alka Stolzmana, który urżnięty w trzy dupy tłumaczy, że jabłek się najadł i popił Wojcieszowianką. Tyle, że Alek ma większy dar do kamery i kariery, a ten buc poza niszową śmieszność nie wyjdzie nigdy. Co więcej mógł być całkiem niezłym astronomem, ale z takim CV przegrał wszystko.

    • Nic nowego: kłamstwo,
      Nic nowego: kłamstwo, wodolejstwo, prostactwo. No i może jednak odrobina wstydu z dużo większą dozą strachu, ponieważ co bardziej kompromitujące komentarze białoruski astronom usunął. On nie może wyjść z kompromitacji suchą stopą, ponieważ przedstawiony przebieg zdarzeń, to nie mój wymysł, ale jego łgarstwa uporządkowane chronologicznie. Jak można odpowiedzieć na pytanie: “Czy sprzedałeś, czy latałeś?”, żeby nie potwierdzić przynajmniej jednego kłamstwa i śmieszności? Jak można odpowiedzieć na pytanie: “Czy FlaingTracer jest wiarygodnym źródłem, czy FT kłamie?”, skoro raz Artymowicz z kumplami wyśmiewa FT, a drugim razem podaje link do tej strony na dowód swoich lotniczych wyczynów. Błazen łże, a przyłapany na kłamstwie opowiada 1000 odwracających uwagę idiotyzmów, zamiast pokazać “papiery”. To kompletna lebiega, taki z niego pilot jak z meksykańskiej pomocy domowej, a esbeków i stalinowców w drzewie genealogicznym jak skwarków w dobrej kaszy. Odrażający buc i całe swoje załgane jestestwo wyniósł z komuszego podwórka. Jego wywody jako żywo przypominają Alka Stolzmana, który urżnięty w trzy dupy tłumaczy, że jabłek się najadł i popił Wojcieszowianką. Tyle, że Alek ma większy dar do kamery i kariery, a ten buc poza niszową śmieszność nie wyjdzie nigdy. Co więcej mógł być całkiem niezłym astronomem, ale z takim CV przegrał wszystko.