tradycja



share

Najpopularniejsza para w RPIII to oderwane od pługa książęta realnego socjalizmu, które w Polsce robiły prawdziwą furorę, wyznaczając wszelkie trendy. Jolka dyktowała modę, Olek tańczył, śpiewał i jeździł na stopa z papieżem. Zachwytów nie było końca, lokalni dyktatorzy mody mówili o klasie proletariackiej księżniczki, politolodzy wygrzebywali rankingi z najbardziej wpływowymi Olkami w bloku wschodnim. Wystarczyło jednak, że tę czerwoną prowincję, która dopiero w pierwszym pokoleniu zamieniła walonki na koturny, słoninę na prosciutto i samogon na Bordeaux, postawiono w kącie światowego salonu i z miejsca było widać, że mamy do czynienia z przebierańcami. Gdyby przodkowie Olka i Jolki przychodząc do Polski z tuszonką w plecaku nie spłoszyli Czartoryskich, Lubeckich, Sapiehów Potockich i Radziwiłłów, mielibyśmy jakieś podstawy do optymizmu. Dziś o potędze Rzeczypospolitej nie decyduje stan najwyższy, ale plebs przerobiony na produkt medialny.



share

Niestety nie mam żadnych powodów do śmiechu, ale po kolei. Tradycja umieszczona w zupełnie innym kontekście kulturowym bardzo często wywołuje salwy śmiechu przeplatane salwami oburzenia w zależności od kontekstu właśnie. Swego czasu Polska słusznie się oburzyła, gdy w amerykańskiej telewizji prezenter „gej” obśmiał polski obyczaj zwany „śmigus-dyngus”, chociaż dużo zabawniejsze jest obrzezanie. Przy odrobinie wyobraźni i bez większego grzebania w Wikipedii nietrudno się domyślić, że uwiecznione podium, jest niebagatelnym wyróżnieniem, symbolem nigeryjskiej gościnności. Z kolei wszystkie te „murzyńskie” stroje i rytuały, dla nas śmieszne, w istocie są niczym innym jak tamtejszą etykietą. W Europie za największy szyk uznawany jest strój, który zgodnie z przysłowiem leży dopiero na trzecim pokoleniu.



share

Tak sobie myślę, bo lubię, że absolwent przyzakładowej wieczorówki mieszczącej się w Żyrardowie, chyba niewielką ma wiedzę na temat przedwojennego prezydenta Gabriela Narutowicza. Gdyby realnie socjalistyczny działacz, Leszek Miller, bardziej przykładał się do nauki, pewnie na wyższym etapie edukacji ogarnąłby jednoznaczne fakty, że Gabriel Narutowicz tyle miał wspólnego z bolszewickimi pomagierami i innym postępowo-internacjonalistycznym motłochem, co niejaki Piętak z internowaniem. Prawdopodobieństwo, że zmartwychwstały Narutowicz rozgoniłby internacjonalistyczną dzicz na wschód od swojej mogiły jest w tym wypadku synonimem pewności. Złośliwy los przygotował tak zabawne kontrasty, że grzechem byłoby nie przywołać komicznych spektakli. Nie kto inny jak nieuk z Żyrardowa i ten drugi ociężały umysłowo z Biłgoraja, byli i są najbardziej zaciekłymi krytykami „wiecowego podpalania Polski” i „zawłaszczania symboli”.

Strony