tradycja



share

Tak do końca nie wiem czego to jest efekt, ale gołym okiem widać, że w porównaniu do lat ubiegłych Święta przebiegają pod znakiem Świąt. Nie, nie pomyliłem się, mam na myśli to, że prawie w ogóle nie było krucjaty i walki o laicyzację Wigilii. Jak nigdy ciężko było się natknąć na kulinarny idiotyzm typu kapusta z bananem zapiekanym w cieście i ananas faszerowany śledziem z dodatkiem koziego sera. Nawet koszerne periodyki na pierwszych stronach pokazywały jak ugotować uszka i barszcz, co więcej wideo z instrukcją wyposażono w zachętę: „to bardzo proste”. Wszystkich miejsc na świcie nie obszedłem, ale w tych co byłem akcji pod tytułem: „Polscy mordercy świętują nad trupem umęczonego karpia” nie stwierdziłem. Coś tam delikatnie wspomniano, żeby się starać o tlen dla ryby, jednak nic poza tym.



share

W taki czas nikt nie powinien zostawać sam z Kevinem w domu i dla każdego musi się znaleźć miejsce przy stole. Tradycja ma swoje wymagania i bywa, że stawia nas przed wyzwaniami przekraczającymi wyobraźnię. Co roku przebiegli filozofowie i etycy zastanawiają się nad pustym krzesłem przy wigilijnym stole, sadzają na nim bardzo kłopotliwych gości, aby przetestować chrześcijańskie miłosierdzie. W tym roku zastanowiłem się i ja nad wigilijną frekwencją i zbłąkanym wędrowcem. Wyszła mi ze wszystkich za i przeciw odważna konkluzja – chyba poradziłbym sobie z każdym gościem i każdemu złożyłbym serdeczne życzenia, czego też wszystkim na wstępie życzę. Donaldowi Tuskowi życzyłbym satysfakcji w nowej pracy za granicą, Bronisławowi Komorowskiemu spokojnej emerytury, Stefanowi Niesiołowskiemu dużo zdrowia. Jerzemu Owsiakowi z całego serca życzę uczciwych kontraktów za własne pieniądze, feministce prawdziwej ciąży z łagodnym, ale pełnym medialnych fajerwerków połogiem.



share

Najpopularniejsza para w RPIII to oderwane od pługa książęta realnego socjalizmu, które w Polsce robiły prawdziwą furorę, wyznaczając wszelkie trendy. Jolka dyktowała modę, Olek tańczył, śpiewał i jeździł na stopa z papieżem. Zachwytów nie było końca, lokalni dyktatorzy mody mówili o klasie proletariackiej księżniczki, politolodzy wygrzebywali rankingi z najbardziej wpływowymi Olkami w bloku wschodnim. Wystarczyło jednak, że tę czerwoną prowincję, która dopiero w pierwszym pokoleniu zamieniła walonki na koturny, słoninę na prosciutto i samogon na Bordeaux, postawiono w kącie światowego salonu i z miejsca było widać, że mamy do czynienia z przebierańcami. Gdyby przodkowie Olka i Jolki przychodząc do Polski z tuszonką w plecaku nie spłoszyli Czartoryskich, Lubeckich, Sapiehów Potockich i Radziwiłłów, mielibyśmy jakieś podstawy do optymizmu. Dziś o potędze Rzeczypospolitej nie decyduje stan najwyższy, ale plebs przerobiony na produkt medialny.

Strony