prawda



share

Nie wydaje mi sią aby do rozliczeń przeszłości Polska, albo jeszcze lepiej, prawda historyczna, potrzebowała jakiejś wspólnej komisji (kat-ofiara?) lub uzgodnień jej dotyczących-jakoś nie wyobrażam sobie uzgadniania prawdy, to raczej wersje kłamstwa się uzgadnia.

Jeśli jedna ze stron, w żywe oczy zaprzecza prawdzie, lub spiera się o nazwanie jej w taki czy inny sposób, to w jaki sposób mamy dojść do porozumienia (w związku z tym mitycznym rozliczeniem)? Mamy licytować się na ilość ofiar (my spuścimy z 200 tys na 100 tys, a wy się przyznacie do tego) czy może jakieś inne przetargi ( wy się zgodzicie na to że było to ludobójstwo, a my uznamy za zbrodnicze akcje odwetowe AK). Przecież to nie tylko nieudolna próba kreacji historii jakiej nigdy nie było (ordynarnie uzgodnione kłamstwo) i szwindel niczym pejsowate "holocaust company" ale i wchodzenie w to samo bagno fałszu i amoralności .

 



share

Maciej Wąsik zadał na Twitterze krótkie pytanie. Na jaką imprezę rodzice pozwoliliby jechać swojemu dziecku, ŚDM czy „Przystanek Woodstock”? Odpowiem jak moja Mama pod koniec lat 80-tych, gdy walczyłem o bilet do Jarocina. Możesz jechać, bo ty nie pijesz i nie bierzesz narkotyków. Rzeczywiście tak było, gdy skończyłem 18 lat nie wypiłem nawet lampki szampana z tej okazji i tym bardziej nie ćpałem, potem to się wiele zmieniło, zwłaszcza w obszarze picia. Pozwoliłbym swojemu dziecku pojechać na „Przystanek Woodstock”, bo jestem pewien, że moje dziecko nie jest zainteresowane atrakcjami, jakich ten spęd dostarcza większości uczestników. Jeśli chodzi o ŚDM to w ogóle nie ma żadnego dylematu – chcesz to jedź. Umieściłem te trzy imprezy pod wspólnym mianownikiem, żeby pokazać dwie prawdy i jeden fałsz. „Za moich czasów” Jarocin był synonimem zła wszelakiego. Wszystkie mamy dostawały gęsiej skórki, gdy tylko padało złowieszcze słowo „Jarocin”.



share

Już po świętach, zawsze poznaję tę chwilę, bo to czas, w którym sałatkę dojada się dużą łyżką w dużej misce. Obrus ląduje w pralce, bo nie ma Świąt bez plamy buraczkowej, rodzina macha z samochodu i wciska klakson. Dwa zdania wstępu do felietonu o filmie „Smoleńsk” mają się nijak, a wręcz ocierają o profanację. Nie ma jednak innej metody na wielką sztukę niż dystans albo zaangażowanie do ostatniego skrawka bólu. Wierzę w miejską legendę, że Jarosław Kaczyński oglądając „Smoleńsk” wyszedł w połowie i wtedy nastąpiła panika w zespole filmowym. Podobne sceny w Hollywood są codziennością, z tym, że to nie bohater filmowej opowieści wychodzi z kina, ale producent. W przypadku Jarosława Kaczyńskiego działa zupełnie inny mechanizm. Trudno sobie wyobrazić taki film, który mógłby oddać uczucia brata bliźniaka. Pomimo straceńczej misji postaram się przedstawić dwie możliwe wersje.

Strony