Polak



share

Niezmiernie spodobała mi się riposta redaktora Mazurka, który rozmawiał z prześladowanym Legierskim, nawiasem mówiąc i tak inteligentnym, jak na homoseksualnego aktywistę. Legierski: „Polski gej ... jest prześladowany na każdym kroku”. Mazurek: „Siedzę w pańskiej willi i podziwiam efekty tych prześladowań”. Uśmiałem się, ale potem cholernie posmutniałem. Żyję w naprawdę dziwnym kraju, gdzie z ekranów i szpalt non stop płynie komunikat na temat prześladowań i braku tolerancji. Dziennikarze, redaktorzy i prezenterzy w znacznej mierze pochodzenia żydowskiego, krzyczą do gojów, że w Polsce panuje antysemityzm. Dyktatorzy mody, aktorzy i literaci zapraszani do studia, a także na łamy, według klucza homoseksualnego, podnoszą alarm, że boją się pokazać w miejscach publicznych. Panny, wdowy i rozwódki łkają gdzie się da o braku dostępu do wolnej skrobanki i edukacji seksualnej jednocześnie.



share

Maniakalny upór nie pozwala mi zrezygnować z pewnych tez, które są dla mnie niezmienne. Najszerzej pojęta prawica nigdy sobie nie zdawała i nie zdaje sprawy z siły popkultury, którą nie tylko lekceważy, ale i bezsensownie tępi. Z jednej strony słusznie, o ile chcemy budować kolejne społeczeństwo idealne z podręczników typu „Kapitał” albo „Tako rzecze Zaratustra”, z drugiej strony niezrozumienie i pozbywanie się narzędzi służących słusznej sprawie. Jedynym sukcesem prawicy w ostatnim czasie jest Powstanie Warszawskie, które stało się „modne” i to zwycięstwo było możliwe tylko i wyłącznie dzięki wzbudzeniu właściwych emocji w masowym odbiorcy. Politycznym marudzeniem, historycznymi egzegezami i nudnymi panelami, czego nie neguje i nie potępiam, nie udałoby się zmienić nastawienia Polaków do PW. Gdyby nie filmy, rockowe przeboje, komiksy i koszulki z nadrukiem „Polska Walcząca”, Michnik nadal sączyłby propagandę w gęstym sosie endeckiego antysemityzmu.



share

Zawsze mam sporo problemów z odpowiednim wyważeniem ocen, gdy chodzi o traktowanie rasy wschodniej, przez znamienitych przedstawicieli kultury zachodniej. Miałem problem z Janem Marią, mam problem z Lechem Bolesławem. Chciałoby się bronić, nawet Bolesława. Wystarczy, że jeden pajac z biało-czerwoną flagą prowadził boso polską delegację, przez lotnisko w Waszyngtonie. Ten incydent pamięta się najsłabiej, ale był przecież hit nad hity – Donald poszedł boso, po rejsowym locie, bo jakaś lotniskowa Portorykanka nie odróżniła go od kierowcy ciężarówki. Wówczas na tapecie pojawiło się „tanie państwo” i korona miała z głowy nie spadać delegacji rządowej jeżdżącej autobusem do Lecha Kaczyńskiego i fruwającej LOT-em do Ameryki. Wyznaczono pewien standard, polscy przedstawiciele władzy mieli się wtopić w tłum algierskich emigrantów i wschodnioeuropejskich gastarbeiterów.

Strony