pandemia



share

Nie za bardzo potrafię pisać manifesty, moją specjalizacją są felietony, ale dziś wyjątkowo o manifest się otrę i może trochę o zbiorową psychoterapię. Zewsząd słyszę jęczenie, prawie wszyscy jęczą, ci co to dzwonią na policję, gdy zobaczą 15-latka bez maseczki i ci obawiający się przymusowych szczepień, za którymi pójdzie utrata zdrowia i wolności. Obie grupy łączy jedno – irracjonalny strach, a taki rodzaj strachu nazywa się lękiem. Co do pierwszej grupy, to nie mam żadnych intencji terapeutycznych, wręcz przeciwnie, niech się boją, bo w planie powrotu do normalnej normalności, oni muszą się bać. Druga grupa ma się otrząsnąć albo z pandemii nie wyjdzie nigdy i to nie tylko tej obecnie wymyślonej, ale kolejnych znacznie groźniejszych.



share

Wszyscy jak jeden mąż i żona musimy wiedzieć, że jeśli cokolwiek pada z ust Morawieckiego albo Niedzielskiego to niemal w 100% będzie lub już jest dokładnie odwrotnie. Dziś mamy 28 grudnia 2020 roku i zgodnie ze „strategią” rządową powinniśmy być w strefie żółtej, czyli schodzić z obostrzeń. Cześć Polaków mogła się pogubić w tych idiotycznych „prikazach”, to przypomnę, że rząd przedstawił Narodowi progi zakażeń dziennych i zapowiedział, co się stanie na poszczególnych etapach. Jeśli Naród będzie grzeczny i wirusa złapie nie więcej niż 9400 obywateli, to wchodzimy w strefę żółtą. Takich stref w sumie wyznaczono pięć, od żółtej bardziej „łagodna” jest tylko zielona (3800 przypadków dziennie), natomiast „ostrzejsze” strefy to: czerwona (19 000), strefa bezpieczeństwa (27 000) i w końcu „narodowa kwarantanna” (27 000-29 000).



share

Dosłownie dwa i ani jednego więcej, tak wyglądała Wigilia w moim domu, której nie da się porównać ze śniadaniem wielkanocnym z kwietnia i nie dlatego, że o różne święta chodzi. W kwietniu zdecydowana większość polskich rodzin poddała się barbarzyńskiemu zakazowi spotykania się na Święta. W kościołach świeciły pustki, ludzie autentycznie się bali pomoru, nakręcanego paranoicznymi zdjęciami ze słynnej włoskiej miejscowości, tak zohydzonej, że nie wymienię jej nazwy. Przyznaje szczerze i bez bicia, że na Wielkanoc niemal non stop gadaliśmy o „pandemii”, żeby jakoś wzajemnie się z tego obłędu wyciągać. Na drugi dzień miała przyjechać rodzina od strony Szanownej Małżonki, ale oni pochodzą z Wielkopolski i tam policja pilnowała, jak za okupacji, każdego samochodu wyjeżdżającego poza granice miasta. Ostatecznie nie przyjechali.

Strony