komunikacja



share

Mydlana opera, która powinna się skończyć jakieś 150 odcinków temu, właśnie dokonała żywota. Ktoś mi dziś napisał, że niestety „Misiewicze” to już związek frazeologiczny, czyli koszmar polityka. Nie ma bardziej śmiercionośnej broni dla polityka niż wejście do języka powszechnego jakiegoś słowa lub zwrotu, który ilustruje śmieszność. Zgadza się, „Misiewiczów” nie da się cofnąć, ale trzeba też znać proporcje i mechanizm skojarzeń. W żadnym razie frazeologia, która przylgnęła do PiS, nie jest porównywalna z „Sową”. Kolega Bartek nie stał się symbolem złodziejstwa i przekrętów, ale czegoś zupełnie innego, mianowicie braku kompetencji, szkoły i lizusostwa, co pozwoliło mu zostać ulubieńcem ważnego polityka. Krótko mówiąc mamy tu do czynienia z tym słynnym obciachem i też robotą dla szwagra.



share

Wczoraj Szejnfeld, najlepszy ekonomista wśród kierowników PGR-ów, zapomniał się i poleciał Komorowskim. Żenujący polityk PO oświadczył, że rodziny same mogłyby sobie finansować dowolne programy rodzinne, wystarczy zaciągnąć kredyt na ich realizację. Dzień później dziennikarka Wyborczej, Dominika Wielowieyska, przedstawiła dane z sufitu wzięte i udowadniała, że program 500+ puści nas wszystkich z torbami. Mniej więcej od półtora roku, najbardziej „elitarny” elektorat PO i Nowoczesnej nie nazywał Polaków korzystających z programu PiS inaczej, niż: zapasieni, bezzębni, alkoholicy, dziecioroby, srający na plażach bałtyckich. Przed wcieleniem 500+ w życie wszyscy, ale to dosłownie wszyscy „eksperci” krzyczeli, że po pierwsze PiS rzuca kiełbasę wyborczą, po drugie nie ma na to pieniędzy. I w takich okolicznościach przyrody w rocznicę wejścia programu w życie słyszymy niesamowite cuda.



share

Każdy dzień przynosi nie tylko potwierdzenie, ale i rozrywkę, jeśli chodzi o beznadziejne wysiłki opozycji. Same banały cisną się na usta, gdy się te projekcje obserwuje, na przykład bunkier Hitlera. Filmiki zamieszczane w Internecie zrobiły z Hitlera serial komediowy i w każdym odcinku pokazana jest śmieszna bezsilność, ale realnie wyglądało to trochę inaczej. Otoczenie wodza III Rzeszy mniej więcej rok przed ostateczną klęską wiedziało, że nic już nie uratuje Niemiec. Każdy kto próbował Hitlerowi wytłumaczyć tę oczywistość wylatywał z bunkra w kreskówkowej formule za drzwi, tylko się za nim kurzyło. Przy Adolfie pozostali sami propagandyści i najwierniejsi towarzysze, którzy z pełną świadomością utrzymywali go w takim stanie, jaki sam sobie zafundował – kompletne oderwanie od rzeczywistości. Osobisty lekarz Hitlera faszerował go narkotykami w sekwencjach powiązanych z nastrojami, na przemian dostawał środki pobudzające i uspokajające.

Strony