afera



share

W publicznych i prywatnych wypowiedziach dałem najnowszej aferze góra dwa tygodnie, jak widać pomyliłem się o tydzień i już jest po zabawie w „państwo totalitarne”. Przede wszystkim skończyły się nadzieje na dymisję Ziobry, która nie mogła się zdarzyć z wielu powodów, tak oczywistych, że szkoda przy niedzieli sobie i ludziom szczegółami głowę zawracać. Po aferze z Kuchcińskim, zupełnie innej i wbrew pozorom zdecydowanie bardziej czytelnej dla wyborców, opozycja i ich media poczuły krew. Gdy się przyjrzeć metodzie działania, to te dwie sprawy były rozprowadzane niemal bliźniaczo.



share

Schematy medialne są tak oklepane, że średnio zorientowani po pierwszych ruchach bez pudła wskazują jaki schemat zastosowano. We wszystkich mediach, co też jest charakterystyczne, przyjęto jedną „narrację”. Nijaką „Emi” nazywa się po prostu „Emi” i dodaje „anonimową hejterkę”. Pewną nowością jest fakt, że tak samo Emilię Sz. nazywają pełnomocnicy, nawisem mówiąc są to adwokaci z samego dna palestry, kompletnie skompromitowani działalnością w portalach społecznościowych, co w całej sprawie ma swoje znaczenie.



share

W studiach poważnych telewizji i w innych poważnych mediach panuje taki rytuał, że zaprasza się profesora „Autoryteta”, a ten tłumaczy: „co myśli sobie przeciętny Polak”. Odpowiedź „Autoryteta” jest zawsze taka sama, on nigdy nie mówi co myślą przeciętni Polacy, bo po prostu nie ma o tym zielonego pojęcia i żadnego kontaktu z przeciętnymi Polakami. On zawsze zaklina rzeczywistość i mówi językiem „warszawki”, czyli wąskiej grupy żyjącej pod kloszem własnego „geniuszu” i „wyższości intelektualnej”.

Strony