Jak ten czas okropnie leci, wręcz spada wprost na głowę!

Prześlij dalej:

Powstał ci ów cień gdzieś na skraju, a na pewno tam się zaczął i rozsiadł między swoimi granicami, i nigdzie więcej. Relatywnie przybladły, choć ciemniejszy od otoczenia, za taki też uchodzi, zupełnie niesłusznie. Zazwyczaj chadza zwartymi plamami o rzadko nachalnych kształtach, czasem przybiera postać absolutną, jest wtedy wszędzie i właśnie wtedy najmniej się rzuca w oczy, nikt go wówczas nie szuka i zamiast być schronieniem, ludzie próbują od niego uciec, dyplomatycznie psiocząc nie na przesyt jego obecnością, lecz ogólnie: na brak pogody. To na dworze. A co w środku? Tutaj, podobnie jak na zewnątrz, cień bierze się do roboty, gdy przestaje wierzyć w wieczność. Wieczność go niby cudownie rozciąga i jeśliby zapomnieć o małych wysepkach świecących plam w nieogarniętej oddali, czułby się jak ryba w wodzie w świecie bez lądu, czyli nijak. Do towarzystwa niewiele mu trzeba, do życia natomiast potrzebuje prawie wszystkiego, a najbardziej tego, co go negatywnie definiuje i czyni odrębnym: światła. Ta żywotna konieczność istnienia tego, czym samemu się nie jest i być nie może, nadaje mu wymiar iście tragiczny, który jednak znosi ze stoickim spokojem, z nie na smutno przygaszonym wyrazem życia w pulsujących i odpoczywających sidłach własnych ograniczeń, bez których w ogóle by go nie było. Każdy, kto choćby na chwilę doceni jego urok, nawet jeśli tylko dla odmiany, cieszy się jego cucącą wdzięcznością. To na dworze. A w środku?

W środku cienie są powszechniejsze, a tam, gdzie nie są, nie niosą ze sobą uroków zewnętrzności, przez to bardziej uważa się je za zło konieczne i defekt nieudolnie zagospodarowanej przestrzeni, najczęściej zaś nie zauważa się ich wcale, w każdym razie z zauważania cieni w środku niepostrzeżenie i dość szybko się wyrasta, jeżeli przyjąć, że można szybko wyrosnąć z dzieciństwa. A że nie jest to łatwe, świadczę półokrągłymi zdaniami na każdym kroku i w nich. Co rusz między innymi i nimi napotykam się na ścierające się ze mną jaja, w dodatku własne i ciasne (chociaż cudzych do TEJ pory oraz ŻADNEJ INNEJ WŁASNEJ jeszcze nie przymierzałem i chyba-raczej-mam-tak-nadzieję-uważam - się nie przymierzam).
Istnieją też - rzecz jasna, choć nie zupełnie i tylko w ściśle określonych warunkach - cienie noszone przez burze i są to te cienie, które potrafią rzucić światło na mroki swojego bytowania a ludzi w szczególności, przyćmiewając przy tym przypisywaną sobie przytulność życia poza, czy ściślej: obok rozmigotanego, trzęsącego się i trzęsącego nami wszystkimi rozbestwionego i złowrogo cichego światła. Gdyby nie cień, to ja cień nie mogę i mógłbym ci tylko tyci i nici, i nic, i nic poza tym.

Poza tym, przynajmniej na Zachodzie, bez większych zmian, it's over. Not.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Strony

3067 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Yo la

Autor artykułu: Yo la

2 (liczba komentarzy)

  1. avatar

    Z olbrzymią satysfakcją melduję, że zrozumiałem chyba większość Pańskiego wpisu, przez co nabrałem nieskromnych podejrzeń, że mógł być skierowany personalnie do mnie. Szybka sesja samobiczowania wyleczyła mnie jednak z tej megalomanii, przynajmniej na jakiś czas. 

    Koncepcja cieni zewnętrznych i wewnętrznych bardzo mi się podoba, zgadzam się w całej rozciągłości, że wewnątrz są powszechniejsze, co więcej, żeby je rozproszyć, potrzebne jest całkiem zewnętrzne źródło światła, już to ze strony chirurga - specjalisty od gastroskopii, już to ze strony sprawnie operującego mieczem samuraja. Zapas cienia w środku każdy ma i warto o tym pamiętać w najbardziej słoneczne i upalne dni - zawsze można się schować w sobie. Gdyby tylko o tym pamiętali ludzie z tego czy innego powodu zmuszeni do marszu przez pustynię!

    W każdym razie tym razem nadążam za Panem. Jak cień.

    I pozdrawiam serdecznie. 

  2. avatar

    Gdzie bym śmiał o Panu, ja w kółko się kręcę wokół siebie i próbuję coś z tego załapać, za ogon.

    Wczoraj wieczorem zadzwonił bardzo miły telefon, który pozytywnie mnie rozbudził i postanowiłem napisać bądź chociaż zacząć pisać, obiecaną (na niedzielę, hehe) relację z magicznej podróży, ale połamałem sobie język i przerzuciło mnie na coś łatwiejszego, na twórczość. Rano dokończyłem i bęc. Ma więc Pan swój (skromny! skromny!) udział w niniejszej poezji.

    Panie Kłaku, nie ustaję w zachwytach nad Pańskim ostatnim tekstem i muszę przyznać, że po raz pierwszy mam opory przed przeczytaniem Młażonce powyższego tekstu, bo tak się składa, że dopiero wczoraj przeczytałemj Jej ostatniego Lajkonika. Skromny nie jestem, ale mam oczy i uszy, sam Pan rozumie. Telefon też się Panem zachwycał, żeby nie było, że my tylko tak we dwoje o Panu dobrze mówimy. To tyle, więcej nie zdzierżę, w starych czasach wyzwałbym Pana na pojedynek i podstawił Pana Boga, trzymając za niego mocno kciuki.

    Mimo wszystko, serdeczności

  3. Strony