Reklama

Przed_ostatni wpis z cyklu: Listy do samego siebie, czyli obsługa umarłego człowieka

 

Przed_ostatni wpis z cyklu: Listy do samego siebie, czyli obsługa umarłego człowieka

 

Maks ociężale usiadł na krześle w kuchni i beznamiętnie wlepił wzrok w okno.

– Kurwa, brudne! – a niedawno myłem – rzekł głośno.

Za szybą rozpościerał się widok ogromnych, jak ta, w której mieszkał, pożydowskich kamienic i dwa pokomunistyczne bloki w kształcie stojących na kant pudełek po zapałkach postawionych naprzeciwko siebie wzdłuż ulicy, przy której mieszka.

– Jakie to wszystko szare i nijakie, beznadziejnie popieprzone; zupełnie jak moje życie – pomyślał. I dalej sobie rozważał.

– Czego to ja miałem teraz w sobie poszukać? A już wiem: du…du.. du…

Te, Michnik, kurwa! – ty mi się nie wpierdalaj w moje myśli, dobra? Ja przecież się nie jąkam – nie kręci mnie to wcale.

– Duszy! – wykrzyknął na głos, aż święty z obrazka się skulił zupełnie jakby się przestraszył. – Nie bój nic, co się lękasz? – przecież jesteś odwrócony do ściany, wyszeptał.

Maks rozejrzał się po mieszkaniu. Jego wzrok kolejno zatrzymywał się na walizkach, torbach, kartonach. Do każdego pakunku przypięta kartka, to na wypadek, gdyby wiatr…

Telefon wyłączony, karta już spłynęła w klozecie. Wszystkie ślady zatarte, tropy pogubione. To, chyba byłoby na tyle.

No tak, już czas; śmieci wyniesione, wszystko posprzątane – tylko to okno, psia jego i te wulgaryzmy wyłażące niczym dżdżownice po ciepłym deszczu. Ale co tam, to już bez znaczenia, przecież i tak nie znosiłem happy endów.

Reklama

12 KOMENTARZE