Reklama

Kończę pisać. Przedwczesna radość!

Kończę pisać. Przedwczesna radość! Książkę kończę pisać i z tej radości jakoś mnie wezbrało na trochę inną, chociaż wcale nie oddaloną od głównego nurtu wypowiedź. Pisząc sięgałem po rożne książki z przeszłości, z mojej przeszłości, nie szukałem tam ani natchnienia, ani nawet porównania, potrzebowałem kilku pozycji do zilustrowania jednego zjawiska. Musiałem sobie przypomnieć co czuje młody człowiek gdy czyta literaturę, której nie pojmuje, ale przeczytać musi, bo albo w szkole zadali, albo laski nie wyrwie. Eksperyment udał mi się średnio, nie udało mi się odtworzyć w pamięci czystego braku zrozumienia, tego sprzed 20 lat, mniej więcej w tym wieku czytałem niezrozumiałe książki, na przykład Transatlantyk. Średnia skuteczność eksperymentu polegała na tym, że doskonale zrozumiałem co czytam i przez to zatarł mi się obraz braku zrozumienia z lat młodzieńczych. „Coś za coś” chce się powiedzieć, albo spontaniczne wyrywanie osiemnastolatek, albo starca szkiełko i oko. Zrozumienie nie wynika z mojej bezczelności, chociaż nie przeczę, bywam, zrozumienie stąd się bierze, że to nic trudnego. Taki Transatlantyk jest niezwykle prostym blogiem. Mało, że nie bluźnię, jeszcze podam przykłady na słuszność recenzji. Kiedy się strąci całą gombrowiczowską formę, nie pozostanie nic jak prościutka, osobista, pamiętnikarska relacja z poważnymi szansami na laur w konkursie Onet. Nawet słowo od autora jest utrzymane w klimacie bloga, w tymże Gombrowicz wyjaśnia jak dzieło należy czytać i żeby nie być ciemnogrodem. Tłumaczy się autor, co chciał napisać i bulwersuje się, że wykształciuch nic nie zrozumiał. Tyle, że Gombrowicz i w prologu i w treści nie mówi prawdy, albo co najwyżej mówi jak polityk. Witold Gombrowicz napisał udziwnioną formą, dziecinne tłumaczenie, mnie się od razu jego pisanie z Yo la kojarzy, z tym, że Gombrowicz łatwiejszy. Cały Transatlantyk to jest wpis na blogu, gdzie autor się żali na swoje dolegliwości, swoje słabości przedstawia jako oryginalność, swoje błędy jako subtelne interpretacje, swoją doskwierającą biedę jako świadomy wybór natchnienia, a swoje pospolite zajęcia jako odrzuconą genialność. Najważniejsze jednak jest to, że Gombrowicz ze swojego tchórzostwa robi filozofię, a ze swojej polskości, którą masochistycznie gardzi i nieudolnie odrzuca uplótł bicz i biczem się biczuje. Brutalnie rzecz ujmując, gdyby Gombrowiczowi odebrać Polskę i odebrać osobistą porażkę na tchórzostwie zbudowaną, nie napisałby jednego zdania, w Transatlantyku na pewno.

W Transatlantyku poeta miał na myśli dwie myśli i na moment nie porzuca dwóch myśli. Pierwsza myśl jest taka, że uciekł z kraju tuż przed wybuchem wojny, z paraliżującego strachu uciekł i nic więcej się w wyborze nie liczyło. Strach przed wojną, tylko to go przepędziło, nie żadna polska katolickość, siermiężność, czy inne „dyć, tyż, owoż” czym pan Witold dzieli bez limitu. Taki był bezpośredni powód i zresztą nic w tym oryginalnego, ani też nagannego. Nieoryginalnego, ponieważ jak Polska Polską, to pisarz do rewolucji zagrzewał i w czas rewolucji ogon podwijał, do Paryża czy innego Londynu, by stamtąd słać żarliwe poematy. Nic nagannego z oczywistego względu, sam miałbym ochotę uciekać z miejsca gdzie mordują, ja tam od człowieka nigdy heroizmu nie oczekuję, natomiast oczekuję rzetelności. Gombrowicz w tym co pisze jest nierzetelny, zwyczajnie kłamie i w kłamstwie nawet do śmieszności się posuwa. W jednym akapicie potrafi wykpić, tych tam w kraju mordowanych, których przaśność odrzuca, żeby nie mieć wyrzutu sumienia, co jestem w stanie rozumieć, cynizm w literaturze jest fajnym zabiegiem, ale już w drugim zdaniu akapitu tragedię robi ze swojego nędznego położenia. Z taniej garkuchni, z taniego lokum, z miotania się między ambasadą i tubylcami, między polonijną dobrze znaną naturą, a obcością, która też go nie kupuje, ani on jej. Gombrowicz kpi z płaczliwego egzystencjalizmu narodu i jednocześnie popada w płaczliwość nad własną egzystencją. O tyle to zabawne, że naród płacze w obliczu wojny, Gombrowicz zaś w obliczu argentyńskiego kotleta siekanego. Swoje tchórzostwo Gombrowicz tłumaczy śmiesznością heroicznych postaw narodu i takie przedstawienie sprawy miałoby głęboki sens, jednak mieć nie może. Gombrowicz rżnie cynika, musi udawać przed sobą i cała Polską, że jego emigracja jest tylko jego wyborem, niczym innym nie powodowanym, tylko oryginalnością wnętrza pisarza, niepokorną duszą, duszą plwającą na konwenans i wartość z każdej świętej dziedziny: tradycja, kultura, religia.

Nic podobnego panie Witoldzie, strach przed wojną, nic więcej zdecydowało o emigracji. Cała reszta to tylko nierzetelna próba wyjaśnienie tchórzostwa. Dlaczego tchórzostwa? Ano dlatego, że oryginalnością i cynizmem byłoby zupełnie inne pisanie w zupełnie innych okolicznościach. Mam dość polskiego byle czego, ma w poważaniu wszystko co polskość, dlatego nie będę zdychał w tym kraju, broniąc przed agresorem, który zamierza zniszczyć wszystko czego nienawidzę i czym gardzę. Niech zginie, niech sczeźnie. Taka musiałby być rzetelna argumentacja dla wyboru. Skoro gardzę, jestem ponad, nie dbam o okoliczności i sentymenty, rzucam precz i w naturalny sposób pochwalam siłę, która od zachodu idzie do Polski z jasnym planem – zniszczyć wszystko co śmieszne, przaśne, archaiczne, patetyczne, by zbudować przestrzeń dla nowego świata. Gombrowicz nie posuwa się do tej naturalnej oceny, jeśli brać za punkt wyjścia jego usiłowanie oszustwa, opisywanie polskiej miałkości jako przyczynę odważnej ucieczki. Tłumaczy się, dlaczego akurat w czas wojny ucieka, dlaczego wcześniej nie uciekł. Gombrowicz w tchórzostwie posuwa się dalej, nie dość, że nie nazywa rzeczy po imieniu, to uważa, że sponiewierać polskość w czas, gdy polskość zdycha, jest gestem heroicznym, coś jak kopanie zdychającego. Gdzie tu heroizm? Gdzie oryginalność? Gest heroiczny wykonuje z bezpiecznej odległości kilku tysięcy kilometrów i wiedząc, że nic mu nie grozi. Niewątpliwym heroizmem byłoby pozostać w Polsce, tuż po wybuchu wojny i pisać Transatlantyk. Wybitne natchnienie i wybitne mogłoby z tego powstać dzieło. Gdyby Gombrowicz pisał Transatlantyk opisując polskie kalectwa, w tle widząc przemarsz Wehrmachtu, uwierzyłbym w jego swobodny wybór, odrzucający polskie śmieszności w każdych warunkach. Ale on nie wybrał, on zwyczajnie uciekł i w związku z tym nie powstało dzieło, powstał wpis na blogu.

Gombrowicz musiał poszukać usprawiedliwienia dla tchórzostwa i szukał go jak umiał. Zakrzyczał swoje tchórzostwo błazeńską formą i niewiele poważniejszą treścią. Im bardziej Polska będzie śmieszna i byle jaka, tym bardziej jego przymus będzie wyborem jakościowym. Dlatego nic wielkiego i odważnego w Polsce Gombrowicz nie widzi, nawet nazwiska Polaków są groteskowe: Ciumkalski, czy inny Pupciński. Jak to głupio brzmi, przy nazwisku Gombrowicz, które bardziej światowe niż polskie. Dramat Gombrowicza jest nie tylko tchórzostwem, ale dramat Gombrowicza jest polskością i to druga myśl obok tchórzostwa zawarta w Transatlantyku i chyba w Gombrowiczu. On wie, że porównując się ze światem wypadnie jak Ciumkalski przy Gombrowiczu. Gombrowicz uważa, że dla Polski za wielki, ale dla świata za mały, co też sam przyznaje, gdy się uważnie czyta. Wie i przekonał się, że w świecie pisarzem jest żadnym, mieszka w suterenie, je z gara, haruje w jakimś urzędzie za obce grosze i po fajrancie pisze do szuflady, PO POLSKU, oszukuje wyrzuty sumienia i swoją polskość, której nie umie w sobie zabić. Prosty jest Transatlantyk, prosty jak wpis na blogu, bloger napisał co go gryzie i nie ma w tym żadnego podtekstu, jest błazeńska forma, nierzetelna treść, co razem skrywa bardzo pospolite ludzkie słabości, jak tchórzostwo i konflikt tożsamości. Gombrowicz jest polskim tchórzem, aby stać się światowym bohaterem musi wykpić polskie bohaterstwo. I pewnie zaraz zbiorę brawka od patriotów, ale ja błędu Gombrowicza nie popełnię. Ja się z Gombrowiczem w ocenie Polski w wielu miejscach zgadzam, nie problem w tym, że Gombrowicz „pluje na Polskę”, problem w tym, że to pisanie jest licealne, to znaczy inaczej. Gombrowicz dla napalonego nastolatka jest za trudny, dla dojrzałego faceta pamiętnikarski. Nie wiem gdzie szukałbym natchnienia, siedząc tu w Polsce i broniąc swojego kawałka ziemi, bo do świętości polskich stosunek mam jeszcze podlejszy niż Gombrowicz, czy takie zachowanie skupiające się na dość żałosnej obronie kawałka materii wyśmiałbym z bezpiecznej odległości. Wiem natomiast, że staram się unikać śmieszności, banał w pisaniu jest nieuchronny, natomiast śmieszność autora podniesiona do rangi literatury jest mało atrakcyjna i trywialna. Co innego Ferdydurke, to jest nieco inne pisanie, też osobiste, ale konsekwentnie, rzetelne. Nie wiem sam co przez to chciałem powiedzieć, chyba nic ponad to, co powiedziałem.

Reklama
Poprzedni artykułLajkonik i gwiazdkowe prezenty
Następny artykułNa Święta…
Matka Kurka
Młody, wysportowany, inteligentny, przystojny, czuły mąż i ojciec. Geniusz i wirtuoz klawiatury, błyskotliwy analityk rzeczywistości wszelakiej. Kochany i rozchwytywany, bezkompromisowy, skromny, wyrozumiały. 1. Ulubiona potrawa: żur na zakwasie. 2. Ulubiona kapela: muzyka z tamtych lat. 3. Ulubiony kolor: brak danych. 4. Ulubione słowo: ja. Wolny, żonaty, pijący daltonista.