Dzień wolnego ptaka 4859 w 67 rocznicę mordu.

Prześlij dalej:

Za oknem ociężałe chmury z wielkim wysiłkiem unoszą rąbek swoich zasłon, by wpuścić pierwsze chwile nowego dnia. Kotary w różnych odcieniach szarości powoli odsłaniają zieleniejący polski maj. Z szuwarów grupa kilkunastu ptaków podniosła ku niebu następną firankę, aby dostatecznie rozjaśnić spóźnionemu dziś słońcu, że już dawno przyszła odpowiednia pora na zakończenie drzemki. Choć falbany wiosennego deszczu dodatkowo przyciemniają obraz całości, to nieuchronnie nadchodzi nowy dzień.

Zaspane oko błękitu wciąż walczy z niedzielną pierzyną, ale dla nas kurtyna poszła w górę. Szaleńcze tempo podróży, pozwala jedynie bujnej jak wiosenna przyroda wyobraźni, dopisać historię, do każdego kadru wypatrzonego przez szybę autokaru. Za opłotkami Krakowa, z obu stron pojazdu mijamy trawy, krzewy, zarośla a dalej pola, zaorane i czarne jak sól tej ziemi – nasz węgiel. Dalej te, co wcześniej obsiane już dawno zakiełkowały, załzawionymi liśćmi pełnymi rosy tęsknią za słońcem.
Wpadamy w kolejny obraz. Tym razem sady, które już cudownie kwitną niepokojem o los swych owoców. Za nimi niespokojnie kołyszą się płuca. To wciąż polskie lasy. Wciąż polskie i wciąż nie sprzedane. Nieopodatkowany wiatr, który smętnie kręci odnawialną energią w dwóch turbinach wiatrowych, gwiżdże równocześnie w koronach leszczyn, olch i sosen. Kłaniają mu się w pas malutkimi listkami potężne, ponad pięciometrowe, niszczycielskie zdradziecko brzozy, dla niepoznaki obsypane pokojowo białą korą.

Czy w tej sytuacji zgarbione życiem wierzby mają nie płakać? Zwłaszcza, że z ich czupryn jednocześnie wystrzeliło w niebo kilkaset ptaków naraz burząc im misternie układaną fryzurę. Tu niewielki ptak porwał w górę gałązkę i zmierza z nią zapewne do swego polskiego gniazda. Zadanie dobrze wykonane, ale średnio oceniane przez dominującą wokół niego poprawność. Tam trzy kawki – dokładnie tyle, co wypiłem – grają w powietrznego berka, a zaraz obok nich wystraszona klaksonem para synogarlic, wzleciała ku słońcu zwyciężającemu w końcu majową słotę. Para. Zawsze para. Zawsze samiczka i samiec.

Mijamy kolejne kwitnące miejscowości. Ciekawe zjawisko widać przez krzywe zwierciadło naszego autokaru, a przez tę soczewkę można zauważyć jak pięknieje miejscowość na naszej kielecczyźnie, ale młodzież z niej pięknieje jeszcze bardziej na obczyźnie. Widocznie tam tak mają. Za Kielcami dumnie kroczącego bociana to w ząb nie obchodzi, on tu z dziada – pradziada i żadne reformy go do zmiany nie zmuszą. Na przejściu dla niepieszych mądre sarny czekają na swą kolej, a my mijając kolejne hektary polskich płuc „płyniemy” jedną z głównych komunikacyjnych aort do nadal bijącego serca naszej przeuroczej krainy. Do Warszawy.
 

Strony

3032 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Lech Wzburzony

Autor artykułu: Lech Wzburzony