Reklama

Co dla pana/pani było wydarzeniem roku? Takich pytań padnie zewsząd mnóstwo i większość odpowiedzi nie będzie dotyczyć treści pytania, ale wydarzeń jako takich. Odpowiadając precyzyjnie na rutynową formułkę „dla mnie”, którą wygłasza się z końcem każdego roku, mogę użyć tylko jednego słowa – „Berek”. Historia pisania i wydawania zakazanej powieści jest dokładnie taka sama jak książka i taka sama, jak otaczająca nas rzeczywistość, z którą wielu z nas szarpie się codziennie. Pisałem „Berka” trochę dłużej niż rok, po wszystkich wydawnictwach tułałem się ponad dwa lata i zwracam uwagę na kolejną precyzję: „wszystkich wydawnictwach”. Nim stał się cud połączony z przypadkiem, książka trafiła do kliku „niepokornych” recenzentów, cześć się w ogóle nie odezwała, paru się odezwało: „życzę powodzenia, obiecujące, ale wie pan, sam pan rozumie”. Nie będę się pastwił nad nazwiskami i wydawnictwami, które odpowiadały językiem topornej dyplomacji, każdy ma prawo być w takim stopniu niepokorny, na ile czuje się na siłach. Chciałbym jednak podkreślić rzecz niezwykle istotną, bo nikogo nie zamierzam molestować długimi zachętami i anegdotami kierującymi do księgarni. W ostatnich tygodniach dużą karierę robią „Resortowe dzieci” i mam ten komfort, że nie muszę się tłumaczyć z zazdrości, kompleksów oraz innych niecnych zamiarów. Swoją niewyparzoną gębą odszczeknąłem się w stronę krytyków „Resortowych dzieci”, jako jeden z pierwszych, zwłaszcza tych krytyków z prawej strony. Książka i przede wszystkim sukces ksiązki jest niezwykle potrzebny, chociaż jej siłę przekazu trochę rozdęto, moim zdaniem mamy do czynienia z kolejną kroplą, nie lawiną drążącą skałę, niemniej tym razem kropla wwierciła się wyjątkowo głęboko i boleśnie, co widać wyraźnie po histerycznych reakcjach bohaterskich dzieci resortu. Chwała Autorom! Póki żyje i wątroba wytrzymuje przyjmowanie płynów, będę bronił takich książek, ponieważ one powinny powstać już wieki temu, wbrew wszelkim lamentom tandetnie moralizatorskim.

Do pochwał mam jednak dwie uwagi, jedną krytyczną, drugą refleksyjną, obie trochę oderwane od tematu, ale związane z autorstwem i tą ważną rzeczą, która mnie niepokoi. „Berek” od „Resortowych dzieci” różni się pod wieloma względami, jednak dwa elementy zdecydowały o tym, że autorzy „resortowych” nie mieli żadnych problemów z wydaniem i nagłośnieniem książki, natomiast mnie nikt i niczego na tacy nie wyłożył. Pierwszy element i jednocześnie moja uwaga krytyczna dotyczy „towarzycha”. Kto chce niech się obraża, ale nie tylko mam śmiałość głośno mówić o „niepokornym towarzychu” w kategorii faktów, nie mam też żadnych oporów, aby mówić o pączkującej koterii, po prostu doświadczyłem tych obyczajów na własnej skórze. Nigdy nie prosiłem żadnej gwiazdy o jakąkolwiek pomoc, nie słałem kosza kwiatów, nie prawiłem komplementów. Posyłałem materiał do recenzji, redakcji i ewentualnego wydania. Odezwało się kilka wydawnictw, perypetie ze „Znakiem” opisywałem, ale były też co najmniej trzy duże wydawnictwa, które bardzo długo podejmowały decyzję i ostatecznie grzecznie podziękowały. Z wydawnictw „niepokornych” nie odezwał się nikt jednym słowem i prawdę mówiąc do dziś milczą. Pojawiły się wprawdzie recenzje „Berka” w znanych tytułach, niemniej to zawsze był wynik indywidualnych zainteresowań Autorów, samodzielnych decyzji i często odpowiedzialności, żeby nie powiedzieć ryzyka. Redakcyjnego zainteresowania „ważnym dla Polski tematem” nie doświadczyłem nigdy, a przecież pod takimi wzniosłymi hasłami nie raz i nie dwa reklamowano ramotę. Nie ma chyba jednego „niepokornego”, który nie wydałyby swojej ksiązki i nie ma takiej książki „niepokornego”, która nie byłaby reklamowana w gazetach i na portalach „niepokornych” całymi tygodniami.

Reklama

Zdarzało się, że kampania reklamowa wręcz zastępowała „dzieło”, wszak istnieją ksiązki, nawiasem mówiąc bardzo dobrych publicystów, które zwyczajnie są gniotami i egzaltowanymi kiczami literackimi. To żaden przypadek, to konsekwencja, „niepokorne towarzycho” istnieje i ma się doskonale we własnym sosie. Panie i Panowie bawią się w swojej piaskownicy i tylko naiwni, którzy nie widzieli zabawy z bliska, powtarzają głodne kawałki o zupełnie innych standardach. Nie ma żadnych innych standardów, układ towarzyski obowiązuje z taką samą i kto wie, czy nie większą siłą od siły układów w „salonie”. Większa siła bierze się z mniejszych możliwości, należy pamiętać o sławetnym „koledzy mają kredyty”. Żeby było jasne, w końcu znam wszystkie „błyskotliwe” riposty na podobne uwagi krytyczne, nie aspiruję do żadnego towarzycha, nie nadaję się, nie dybie na stanowiska w podziemiu, nie interesuje mnie cała ta przepychanka, czemu wielokrotnie dawałem wyraz i sprzeciw. Piszę jedynie o równaniu w dół, bo systemowa obrona zasiedziałych foteli prowadzi do systemowej degradacji i zaduchu. W takiej atmosferze nie urodzi się jakość, nie powstanie literatura, nie utrzyma się felieton i w efekcie urosną odsetki kredytów. „Resortowe dzieci” posiadają ukrytą wadę, są napisane również po to, aby dokopać konkurencyjnemu towarzychu i namaścić własne. Tej motywacji nie towarzyszy żaden cel wyższy, po prostu jedni nienawidzą drugich i walczą o miejsce w redakcjach.

Żeby doprecyzować, co konkretnie mam na myśli powiem, że „Resortowe dzieci” stały się towarzyską maczugą dla wielu grup, grupek i poszczególnych członków, którzy wzajemnie obrabiają sobie dupy zapominając, co jest sednem patologicznej selekcji. Dziś więcej przeczytamy o tym, kto kogo i z kim, niż o samej gangrenie z przerzutami, na której wyhodowały się „elity” RP III. Szczytem żenady jest wielodniowa wymiana zdań między weteranami Solidarności, którzy chcieliby wcinać frukta z każdym towarzychem i w efekcie, chyba wylecą za drzwi wszystkich salonów, czynnych przez 24h i od święta. Na szczęście jednostkowe żenady i generalna wada „towarzyska” wyjątkowo nie przekłada się na brak jakości, nawet paradoksalnie przysłużyła się właściwemu kryterium doboru bohaterów, bo tak się składa, że najbardziej znienawidzeni są jednocześnie najbardziej umoczeni. Dlaczego się w takim razie czepiam? Z prostego powodu, razi mnie koteryjne spijanie błogosławionych słów płynących z dzióbków „niepokornych”, co powoli staje się regułą i często prowadzi do kompromitacji, nie do sukcesu. Dzięki Bogu przypadek „Resortowych dzieci” swoją wyjątkowością potwierdza regułę, powstaje jednak pytanie ile razy się uda? I jeszcze jedno, bardziej niepokojące spostrzeżenie. Dopóki niepokornie skoligaceni cienko przędą w podziemiu wzajemna adoracja jakoś się rozkłada na dobre i na złe, ale odrobina wyobraźni pozwala ujrzeć gwałtowną przemianę. Gdy w końcu „nasze będzie na wierzchu”, wtedy nie przebije się nic, bo „teraz kur..a my z jeszcze większymi kredytami”. Nie trzeba być medium, żeby zobaczyć nieuchronną przyszłość, o ile coś się w tym towarzychu zawczasu nie ruszy w kierunku naturalnej, również zewnętrznej konkurencji.

Drugim elementem dyskwalifikującym „Berka” w salonach i antysalonach jest nie krytyka, ale smutna refleksja związana z tabu. Proszę mi wierzyć albo nie, w każdym razie zażenowanie tematem żydokomuny po stronie „niepokornej” jest powszechne i powiedziałbym nawet, że chwilami ostentacyjne. Panowie i Panie pojawiają się to tu, to tam i częściej w TVN oraz Polsat niż w Radiu Maryja. Wiedzą, że pewnych rzeczy się nie dotyka, ponieważ one wypalają znamię na dupie, które trzeba nosić do końca życia. Poza tym w pracy są koledzy, w życiu znajomi i rodzina, a temat zawsze jest śliski i długo takim pozostanie. „Resortowych dzieci” jak najbardziej, ale po co to łączyć ze specyficznym resortem wszelkich resortów, takie ostrzeżenia odczytywałem w niejednym komentarzu. W komunę jak w bęben, o żydokomunie, co najwyżej w słuchawkach „Rozmowy nocą” albo inna kruchta, bo w „antysalonie” wstyd się wychylić. W kontekście ksiązki Kani i Targalskiego nie nazwałbym tej podświadomej cenzury wadą, akurat dla dobra sprawy ta książka nie powinna dostarczać tak łatwych kontrargumentów, jak „antysemityzm”, ale problem robi się wtedy, gdy żadna książka nie może dotknąć tabu. „Berek” trafił do druku dzięki cudownym zbiegom okoliczności i jednej „wadzie” osób zaangażowanych w projekt. Od autora, przez ludzi całkowicie bezinteresownie wspierających prace i później sprzedaż, aż po Wydawnictwo, nikt nie był ustawiony towarzysko.

Udało się zrobić coś z niczego, bez sprzedawania siebie i kupowania łask, co złożyło się na olbrzymi wysiłek i olbrzymią satysfakcję. Dla mnie wydarzeniem roku jest „Berek”, książka wyjęta ze wszystkich układów, nie chciana i omijana przez wszelkie gremia, ale jednocześnie książka, która odniosła wielki sukces dzięki ludziom wolnym, dzięki tym, którym się chce, dopiero potem myślą, czy warto. Miałem niesamowite szczęście, że o nic nie musiałem zabiegać. Sam się zgłosił odważny Wydawca, recenzenci sami piszą recenzje, Czytelnicy sami polecają powieść, pojedynczy dziennikarze sami zgłaszają się z propozycjami wywiadów. „Berek” pokazuje, że wszystko jest możliwe przy konsekwentnym i uczciwym wobec siebie działaniu i mam nadzieję, że kolejni autorzy spoza towarzycha będą po tym przetartym szlaku iść znacznie szybciej i zajdą znacznie dalej. Wokół „Berka” i autora nie powstaje żadna koteria, przeciwnie szczerze życzę sukcesu konkurencji, bez konkurencji wszystko jest towarzychem i każda sprawa rozmienia się na drobne interesy kolegów z pracy. Tymczasem sprawa jest fundamentalna i poza strefą zainteresowania jakiejkolwiek grupy spłacającej kredyty. Dziękuję wszystkim, którzy nie załapali się i nie garną się do towarzycha, za wspólny sukces pozbawiony śladów wazeliny na wrażliwych częściach ciała i duszy. Od dawna nie kupiłem żadnej książki, „Resortowe dzieci” kupię na pewno, ponieważ twórcy są dla mnie kwestią wtórną, a tworzywo zasługuje na uwiecznienie. Polecam książkę wydaną przez „niepokorne towarzycho” i jednocześnie czekam na tematyczną konkurencję dla „Berka”.

Reklama

38 KOMENTARZE

  1. no tak
    To że Berek dobrze idzie, bardzo cieszy. Idzie cichcem, ale idzie.
    Nie mogę pozbyć się resztek przekąsu gdy chodzi o zbyt "dzieci resortowych". Po pierwsze, ksiażka nikomo nie szkodzi, bo jej bohaterami są zawodowi celebryci (poza Solorzem), czyli ich wartosć rynkowa i zarobki rosną gdy często o nich się mówi.
    Po drugie twarze na okładce mają tak dobrze znane życiorysy, że w zasadzie nie warto czytac.
    No, ale jakby to były np twarze nieznanych bankierów, to nikt by nie kupił.

    • Właśnie nie są wcale tak znane
      jak by się wydawało … I w wielu przypadkach książka rozbija beztroskie zapomnienie, że Wiadomości to Dziennik Telewizyjny, teraz już nawet nie w wersji zachodniej, jak to było na początku, tylko styl, nawet intonacja całkiem peerelowe. Naprawdę działa jako argument jak się ma wokół siebie oczadziałych co to argumentację mają "a w wiadomościach mówili".
      Nie mogę się wprost doczekać reszty, szczególnie "ludzi nauki".

      Berka przeczytałam, teraz podam dalej a drugi egzemplarz kupię do mojej biblioteki.

      • mogą być problemy z dalszymi tomami
        No zobaczymy, albo nie.
        Jeśli o ludziach nauki, to raczej nie o jakimś profesorze Gąbce od hydrauliki, tylko znów ludzie z telewizji, czyli ten sam lep na publicznośc.
        Ale może być ciekawe i pożyteczne.
        Pożytek płynący z upuszczenia pary z niektórych nadętych.

        • tylko znów ludzie z telewizji
          I o to chodzi, żeby pokazać co to za "ałtorytety medialne". Spod jakiego kamienia toto wypełzło.
          Środzina aż się prosi, zwłaszcza, że co zajrzę do Wiki, to mniej i mniej o tatusiu informacji.
          Co nas obchodzi przeciętny Gąbka, co się do partii był zapisał, jeśli jest przyzwoitym hydraulikiem, nie jakimś Łysenką, rzecz jasna.
          Biedronia by warto wyobracać … To coś Grodzkie ładnie opisać.
          Pewnie, że mogą być problemy ale mam nadzieję, że do przezwyciężenia. Bo już kilka tytułów przepisanych żywcem z IPN wyszło i mają się świetnie. Ku mej radości 🙂

  2. no tak
    To że Berek dobrze idzie, bardzo cieszy. Idzie cichcem, ale idzie.
    Nie mogę pozbyć się resztek przekąsu gdy chodzi o zbyt "dzieci resortowych". Po pierwsze, ksiażka nikomo nie szkodzi, bo jej bohaterami są zawodowi celebryci (poza Solorzem), czyli ich wartosć rynkowa i zarobki rosną gdy często o nich się mówi.
    Po drugie twarze na okładce mają tak dobrze znane życiorysy, że w zasadzie nie warto czytac.
    No, ale jakby to były np twarze nieznanych bankierów, to nikt by nie kupił.

    • Właśnie nie są wcale tak znane
      jak by się wydawało … I w wielu przypadkach książka rozbija beztroskie zapomnienie, że Wiadomości to Dziennik Telewizyjny, teraz już nawet nie w wersji zachodniej, jak to było na początku, tylko styl, nawet intonacja całkiem peerelowe. Naprawdę działa jako argument jak się ma wokół siebie oczadziałych co to argumentację mają "a w wiadomościach mówili".
      Nie mogę się wprost doczekać reszty, szczególnie "ludzi nauki".

      Berka przeczytałam, teraz podam dalej a drugi egzemplarz kupię do mojej biblioteki.

      • mogą być problemy z dalszymi tomami
        No zobaczymy, albo nie.
        Jeśli o ludziach nauki, to raczej nie o jakimś profesorze Gąbce od hydrauliki, tylko znów ludzie z telewizji, czyli ten sam lep na publicznośc.
        Ale może być ciekawe i pożyteczne.
        Pożytek płynący z upuszczenia pary z niektórych nadętych.

        • tylko znów ludzie z telewizji
          I o to chodzi, żeby pokazać co to za "ałtorytety medialne". Spod jakiego kamienia toto wypełzło.
          Środzina aż się prosi, zwłaszcza, że co zajrzę do Wiki, to mniej i mniej o tatusiu informacji.
          Co nas obchodzi przeciętny Gąbka, co się do partii był zapisał, jeśli jest przyzwoitym hydraulikiem, nie jakimś Łysenką, rzecz jasna.
          Biedronia by warto wyobracać … To coś Grodzkie ładnie opisać.
          Pewnie, że mogą być problemy ale mam nadzieję, że do przezwyciężenia. Bo już kilka tytułów przepisanych żywcem z IPN wyszło i mają się świetnie. Ku mej radości 🙂

  3. Gratuluje……….
    Gratuluje sukcesu książki. Kiedyś napewno kupię.
    Co do "towarzycha", to najwazniejsze jest rozbicie tego układu, gdyby się to udało, to potem martwić można się co dalej. 
    Za dziećmi resortowymi stoi ktoś wyższy, oni są tylko głosem ich przemyśleń, choć pewnie sami bronią zapewne i siebie i resztę. Najwazniejsze że sukcesy są, bo książka podobno sprzedaje się dobrze. Też pewnie nie przeczytam w najblizszym czasie, bo patologia mnie nie interesuje, wystarczy że wiem kto i co robił z netu. 
    Zgadzam się że droga i długa i trudna. 
    Najwazniejsze to zmiana mentalnosci Polaków, bo to jest katastrofa. Wad jest tyle co nie miara. Widać zmiany, po głosach na forach.

  4. Gratuluje……….
    Gratuluje sukcesu książki. Kiedyś napewno kupię.
    Co do "towarzycha", to najwazniejsze jest rozbicie tego układu, gdyby się to udało, to potem martwić można się co dalej. 
    Za dziećmi resortowymi stoi ktoś wyższy, oni są tylko głosem ich przemyśleń, choć pewnie sami bronią zapewne i siebie i resztę. Najwazniejsze że sukcesy są, bo książka podobno sprzedaje się dobrze. Też pewnie nie przeczytam w najblizszym czasie, bo patologia mnie nie interesuje, wystarczy że wiem kto i co robił z netu. 
    Zgadzam się że droga i długa i trudna. 
    Najwazniejsze to zmiana mentalnosci Polaków, bo to jest katastrofa. Wad jest tyle co nie miara. Widać zmiany, po głosach na forach.

  5. kiszonki to nasza polska specjalnosc,
    a bigos czyli pomieszanie z poplataniem to przeciez najcudowniejsza potrawa swiata.
    i masz racje, ze to nie kwestia skladnikow ale ich proporcji i jakosci: jestesmy poki co za biedni, zeby z obecnych skladnikow wyszedl bigos inny od tego jaki podawano na stolowkach kopalnianych, gdzie stolowalismy sie czasami za darmo, bo tata byl gornikiem. Z calym szacunkiem dla kochanych pan kucharek, nie byl to bigos z grzybami, suszonymi sliwkami, podlany czerwonym winem i odstany kilka conajmniej dni. Na cos takiego musimy jeszcze poczekac.

    dzisiejszy wpis uswiadomil mi dlaczego zawsze czulam symptie do Kaczorow i co glownie impregnowalo mnie na gowno rozpylane w betoniarach medialnych pod ich adresem: oni mieli/maja na czole wypisane, ze sami sa sobie sterem i zeglarzem.
    Smolensk temu diamentowi dodal tylku sznytu (z calym szacunkiem dla cierpienia, ale tak to wlasnie jest).


  6. kiszonki to nasza polska specjalnosc,
    a bigos czyli pomieszanie z poplataniem to przeciez najcudowniejsza potrawa swiata.
    i masz racje, ze to nie kwestia skladnikow ale ich proporcji i jakosci: jestesmy poki co za biedni, zeby z obecnych skladnikow wyszedl bigos inny od tego jaki podawano na stolowkach kopalnianych, gdzie stolowalismy sie czasami za darmo, bo tata byl gornikiem. Z calym szacunkiem dla kochanych pan kucharek, nie byl to bigos z grzybami, suszonymi sliwkami, podlany czerwonym winem i odstany kilka conajmniej dni. Na cos takiego musimy jeszcze poczekac.

    dzisiejszy wpis uswiadomil mi dlaczego zawsze czulam symptie do Kaczorow i co glownie impregnowalo mnie na gowno rozpylane w betoniarach medialnych pod ich adresem: oni mieli/maja na czole wypisane, ze sami sa sobie sterem i zeglarzem.
    Smolensk temu diamentowi dodal tylku sznytu (z calym szacunkiem dla cierpienia, ale tak to wlasnie jest).


  7. Książkę już przeczytałem
    W końcówce się rozpędziłem i coś mi nie pasowało. Więc wróciłem jeszcze raz do przeczytania jak ostatecznie został zmontowany wywiad. 

    Co było odkryciem? "Anonimowi zwycięzcy". Po prostu iluminacja. Chodziło to za mną przez długi czas i się nie wyartykułowalo. Ująłeś to Matka w dwa słowa. Majstersztyk.

    Co jeszcze mnie trafiło? "Najtrudniej jest skazać niewinnego". To przejdzie do języka potocznego.

  8. Książkę już przeczytałem
    W końcówce się rozpędziłem i coś mi nie pasowało. Więc wróciłem jeszcze raz do przeczytania jak ostatecznie został zmontowany wywiad. 

    Co było odkryciem? "Anonimowi zwycięzcy". Po prostu iluminacja. Chodziło to za mną przez długi czas i się nie wyartykułowalo. Ująłeś to Matka w dwa słowa. Majstersztyk.

    Co jeszcze mnie trafiło? "Najtrudniej jest skazać niewinnego". To przejdzie do języka potocznego.

  9. Następnych nakładów
    W 2014. Żeby dotarły do większej liczby czytelników i przywróciły proporcję ( mocium panie)

    Resortowe dzieci trzeba mieć. To jest książka z gatunku "Who is who". Ewentualne poprawki sobie samemu wprowadzać.

    Niestety koteria opozycji jest nieunikniona. Nie od dziś wiadomo, że w pojedynkę się nie da rady.  Z drugiej strony koteria rozmywa siłę i przekaz staje się niwiarygodny. 
    W pojedynkę  jest dużo trudniej. A więcej , można przepaść. Żeby się tak nie stało.

    ( TV niedawno  dało film  „Mis”  To Resortowi rodzice )                              
     

  10. Następnych nakładów
    W 2014. Żeby dotarły do większej liczby czytelników i przywróciły proporcję ( mocium panie)

    Resortowe dzieci trzeba mieć. To jest książka z gatunku "Who is who". Ewentualne poprawki sobie samemu wprowadzać.

    Niestety koteria opozycji jest nieunikniona. Nie od dziś wiadomo, że w pojedynkę się nie da rady.  Z drugiej strony koteria rozmywa siłę i przekaz staje się niwiarygodny. 
    W pojedynkę  jest dużo trudniej. A więcej , można przepaść. Żeby się tak nie stało.

    ( TV niedawno  dało film  „Mis”  To Resortowi rodzice )