Tomasz Zimoch: „Niemcy mnie biją” – poważny felieton o awansie tandety

Prześlij dalej:

Psychologię uważam za większą paranaukę niż socjologię, większą w sensie bardziej paranaukową, ale tak sobie myślę, że mógłbym wyleczyć Jana Marię Rokitę z kompleksu „Niemcy mnie biją”. Terapię dla Rokity mam bardzo prostą, niech sobie włączy radio i posłucha Tomasza Zimocha albo poczeka na telewizyjne skróty werbalnej grafomanii. Niespecjalnie chciałbym czynić krzywdę redaktorowi Zimochowi, bo nic złego mi nie zrobił i pośród wszystkich gwiazd medialnych nie jest ani specjalnie szkodliwy, ani specjalnie irytujący. Jakaś tam słodkość w jego krzykach daje się zauważyć: „Panie Turek, kończ pan ten mecz!” było bardzo słodkie i chyba od tego cukiereczka zaczęła się kariera redaktora. Zdarza się powiedzieć coś zabawnego w szale emocjonalnym, ale podstawowe pytanie brzmi, co to ma wspólnego z profesjonalnym komentarzem radiowym, który dziś jest już sztuką pradawną, a ostatni żyjący, który potrafi to robić nazywa się Bohdan Tomaszewski. Należę do tego pokolenia, które jeszcze pamięta relacje radiowe, choćby z tej przyczyny, że w latach 70 i na początku 80-tych wcale nie było tak łatwo z łączami Interwizji, które poza obszar europejski sięgały rzadko i od wielkiego dzwonu. Nigdy nie lubiłem słuchać sportu przez radio, zdecydowanie wolałem oglądać i niechby nawet retransmisję ze znanym wynikiem, ale gdy przyszło przyłożyć ucho do radia, to oczekiwałem jednego – zobaczyć mecz. Tak, zobaczyć, z pomocą komentatora, który siedzi na stadionie i opisuje sportowe wydarzenia. Słuchałem Ciszewskiego, słuchałem Tomaszewskiego, słuchałem kilku innych, o ile pamiętam Szpakowskiego również. I od nich się dowiadywałem kto do kogo podał, jak Deyna zakręcił rogala z rzutu różnego, kiedy Surlit (był taki zawodnik Widzewa) posłał bombę z czterdziestu metrów i ta przeszła minimalnie obok słupka chorągiewki kończącej linię boiska.

Czego się dowiaduję z relacji Tomasza Zimocha? „Niech proboszczowie biją w dzwony”, „Ona jest jak Mona Lisa”, „Niech leci w tym malinowym kostiumie!”. Kto do kogo podał według Zimocha? Kto zakręcił rogala? Szlag wie! Mona Lisa, krogulec, filar mostu, motyl na łące, tuwimowe ptasie radio i Markiza do wyboru. Nie dowiesz się, czy zawodnik siedzi na belce, czy wybił się z progu, bo właśnie słyszysz: „leć, leć krogulcu w malinowym kostiumie”. Męka, straszliwa męka gdy się tego słucha w większych porcjach niż telewizyjne michałki. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że Czytelnicy przyzwyczajeni nie tylko do pewnej formy wypowiedzi, ale też treści mogą czuć się poirytowani i zapytać wprost. O czym i po co to całe pisanie? Koń jaki jest każdy widzi. Odpowiem bardzo poważnie, że to pisanie ma olbrzymi sens i jeszcze ważniejsze przesłanie. Otóż jest tak, że tandeta, brak fachowości, efekciarstwo, kabotyństwo i bylejakość nieustannie przybiera cudowne formy profesjonalizmu. Byle idiota, który z edukacją zatrzymał się na maturze staje się intelektualistą, a jego dowcipy tak subtelne, że plebs nie rozumie „teatru absurdu” z Ukrainkami powieszonymi w pierwszym akcie, zamiast strzelby. Byle lebiega, nie potrafiący sklecić zdania po polsku bez odchrząknięcia, z wadą wymowy, żenującą fleksją, zostaje prezenterem telewizyjnym i śmieje się z własnych dowcipów. Kabotyn ostatni, dotąd skaczący na linie w telewizyjnych „szołach” awansuje na ministra zdrowia. Inny smarkacz, który podnieca się zegarkami, co większość chłopców zaliczyła w czasie I Komunii, robi za ministra transportu. Dlaczego?

Strony

29533 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Matka Kurka

Autor artykułu: Matka Kurka

40 (liczba komentarzy)

  1. Redaktor ma energiczne, sezonowe nazwisko przydatne w sportach zimowych. Na podobnej zasadzie Glazur był ministrem budownictwa.
    Kiedyś było tak, że gdy ktoś był zdolny ale niski, bez pleców lecz miał ręce do kolan to szkolił się na aktora lalkowego. Jeśli pochodził z rodu medialnego - szedł na aktora.
    Do telewizji brano siostry, żony, córki i kochanki ludzi którzy mogli wszystko załatwić.
    Pewną enklawą profesjonalizmu było radio. Tam trzeba było jednocześnie mieć plecy (choć mniejsze niż w telewizji) i bardzo dobry głos.
    Warunek ówcześnie obowiązującej jednoczesności był istotny, same plecy nie wystarczały.
    No, ale to stare dzieje.

  2. avatar

    Potrzebuję pomocy. Szukam kogoś z Warszawy, komu by się chciało pójść do KRS i zrobić kopie kilku kwitów Złotego Melona. Sprawa jest bardzo ważna i pilna, kosztuje 10 minut roboty i zdaje się, że parę złotych. Koszty kopii i przesyłki zwracam.

  3. a to KRS nie jest też już dostępny online ?

  4. avatar

    Jest, ale tylko wpis, a chodzi o konkretne dokumenty.

  5. W przyszłym tygodniu juz bedę na miejscu. Mogę załatwić.

  6. Czy to musi być Warszawa? Czy w którymś z oddziałów terenowych KRS da się tą sprawę załatwić?

  7. co to była za uczta duchowa. A propos: czy ktoś, poza mną, wie że "Sami swoi" zanim trafili na duży ekran, to premierę mieli w Polskim Radiu? Ja to słyszałem na własne uszy, te uszy.
    Zimoch wcale nie jest wyjątkiem, do szału doprowadzają mnie osobnicy posługujący się polszczyzną niczym chłop dyszlem na wiejskim weselu.

  8. Nie dyszlem, tylko orczykiem. Dyszel jest za długi i nieporęczny.
    Wiejska lumperka to się sztachetami posługuje, prawdziwy gospodarz zawsze orczykiem.

  9. A pamiętasz kiedy "Stawka większa niż życie" to nie był jeszcze film, tylko teatr telewizyjny na żywo?
    Jak Klos trzaskał drzwiami, to ściany z tektury się trzęsły.

  10. Strony