reakcje



share

Kampania wyborcza jest równie męcząca, jak trawienie niezliczonej ilości analiz, ale taki to urok politycznej zgadywanki. Chętnie i od zaraz zamieniłbym wszelkie spekulacje, które rzekomo są taka atrakcją łatwą do sprzedaży, na twarde dane pozwalające sensownie ocenić, co w trawie piszczy. O zakazanych tabelach, wykresach i informacjach można sobie pomarzyć, one istnieją, ale są w rękach kreatorów rzeczywistości. Co konkretnie mam na myśli? Nie, nie plany ataku nuklearnego ze strony Związku Radzieckiego, ani sprzedaż akcji przez główne banki należące do „Indian”. Zadowoliłbym się porządnymi badaniami socjologicznymi, przeprowadzonymi według sztuki i nauki, a nie zamówienia. Nie dla psa kiełbasa, tylko władza i być może największa partia opozycyjna dysponuje podobnym skarbem, z tym, że proporcje w jakości i ilości z całą pewnością przemawiają na rzecz władzy.



share

Wstyd się przyznać, ale pomimo mojej spóźnionej sympatii i szacunku dla Lecha Kaczyńskiego nigdy tytułowej opinii nie wyraziłem i jeszcze się powstrzymam. Unikam takich monstrualnych określeń, bo uważam, że częściej w obiegu publicznym czynią krzywdę niż wyrażają podziw, no ale to moje dziwaczne zdanie. Przeciwnego zdania są ciągle pozostający przy politycznym życiu liderzy PO. W łeb zachodzę z dwóch stron. Przed wszystkim nie mogę się nadziwić, że Tusk, Sikorski i jeszcze paru Grupińskich popełnia tak niewyobrażalny błąd, za który z i pozycji trzeba uznać wskazywanie Lecha Kaczyńskiego jako koncyliacyjnego męża stanu. Po wtóre jeszcze bardziej mnie zaskakuje, że Jarosław Kaczyński z całym PiS nie potrafi sobie z tymi darami poradzić. Mechanizm działa następująco. Mamy jakąś bieżącą nawalankę i pierwszy argument po, który sięga rdzawy populista nazywa się: „A co na to mówił Lech Kaczyński”.

Strony