fbpx

Pierwsze skojarzenie z zamachem na Millera miałem dość stereotypowe, od razu stanęły mi przed oczami babcie moherowe, którym szczano do zniczy i kiepowano na karku na oczach mieszkańca pałacu prezydenckiego. Potem skojarzył mi się psychopata z PO, a widziałem go w wersji przedpołudniowej, kiedy TVN24 nie wykasowała manifestu bandyty składającego się z jednego marzenia – „chciałem zabić Kaczyńskiego”. Na końcu przypomniałem sobie, że tego Kaczyńskiego, którego chciał zabić psychopata z PO nie tylko wyśmiewano, ale i kierowano do prokuratury za rozliczanie pomocy prawnej i ochrony osobistej. Po wszystkich skojarzeniach usłyszałem, że Polska się powinna poważnie zastanowić nad ochroną byłych premierów, ponieważ gdzieś w Sieradzu jakiś antyfan olał ciepłym moczem Millera. W podobnych przypadkach zwykle słyszę, że nie wolno lekceważyć problemu, dziś ciepły mocz, jutro bomba atomowa w stronę towarzysza Millera. Dziwne ta gradacja zagrożeń, socjopata Cyba był ogólnopolitycznym wariatem i nie znalazł się powód do wszczynania histerii, normalna rzecz. Poniewieranie moherowych babć, prócz pożytecznie społecznego buntu przeciw polskiej ciemnocie, dostarczyło fantastycznej rozrywki, co najmniej kilku celebrytom, publicystom i gospodarzowi pałacu. Najmniej poważny ze wszystkich incydentów przez kilka dni poruszył polskie niebo, ziemię i oczywiście firmowe piekło. I co ja na to? Przede wszystkim w ogóle mnie to nie obchodzi, co się dzieje z Leszkiem Millerem. Jak dla mnie ten komuch 25 lat temu powinien być olany ciepłym moczem i potem powieziony niczym Jagna poza rogatki Suwałk lub gdzieś w okolice Kaliningradu. Mają też rację lewicowi dowcipnisie, że na wypadek agresji wobec Kaczyńskiego podniósłbym wrzask, dokładnie tak bym zrobił, bo w przeciwieństwie do Millera Kaczyńskiego nie raz i nie dwa usiłowano zabić, cywilnie, politycznie i w końcu fizycznie.

Istnieje tak zwana skala zagrożenia, na przykład Bronisławowi Komorowskiemu przez najbliższe lata głód nie grozi, czego nie można powiedzieć o pozostałych mieszkańcach Budy Ruskiej. Identycznie rzecz się ma z towarzyszem Millerem i Jarosławem Kaczyńskim. Naturalnie nie można wykluczyć, że ktoś wreszcie skuje czerwoną twarz za całokształt, potraktuje gazrurką lub czymś podobnym, takie prawdopodobieństwo istnieje, niemniej graniczy z niebezpieczeństwem związanym z poruszaniem się na ruchomych schodach. Z kolei przypadek i skala zagrożenia dla Kaczyńskiego to zdecydowanie numer jeden w Polsce. Skoro przez 6 lat słyszeliśmy, że Kaczor ma w głowie narobione, z tą ochroną i lękiem o swoje życie, to dla Leszka Millera państwo powinno oddelegować do ochrony Ankę Grodzką, zatrudnioną na pół etatu. Całymi latami lekceważono bezpieczeństwo ludzi, którym niczego poza pamięcią o zmarłych zarzucić się nie dało. Państwo Tuska posłało na śmierć 96 osób i wcale nie o zamachu tu mówię, ale o „organizacji” tego lotu. W każdym przypadku krytycy podnoszący alarm byli histerykami, oszołomami, bo się po prostu stało, prezydent zaspał na samolot, babcie pluły jadem, Kaczor podzielił Polskę. Nagle, buch, para w gwizdek, bo towarzysz Miller poplamił sobie szczyną odzienie. Sprawca znalazł się w dwa dni, poseł Niesiołowski nie sprawdził, czy wcześniej napastnik był w jego biurze, TVN24 nie trąbi, że to taki ogólny wariat, z wolna czynniki się przymierzają do prawicowego, katolickiego faszysty.

To co ja mam w tej sytuacji robić? Poddawać się tępemu szantażowi „nie lekceważmy”? Tak z dwie setki tekstów napisałem, lekko licząc, o tym, żeby nie lekceważyć, ale w odpowiedzi usłyszałem, żebym się leczył i nie frustrował. Los towarzysza Millera kompletnie mnie nie obchodzi, olewam go, może nie tak samo, jak pięćdziesięciolatek z reklamówką, ale mniej więcej takie same podziękowania chętnie bym mu przygotował. Niech SLD wyłoży milion rocznie na swojego I Sekretarza i potem niech się zmaga z dowcipami Morozowskiego i „felietonami” Sobieniowskiego. Za każdym razem jakaś tandeta moralna usiłuje we mnie wzbudzać nowotestamentowy masochizm, bo się nie godzi, bo się można nie zgadzać, ale nie igrajmy z ogniem. Jakim ogniem? Gdy się paliło tandeta moralna dolewała benzyny, teraz coś pierdnęło pod Sieradzem i się bezpieczeństwo państwa wywróciło do góry nogami. Beze mnie, u mnie zasada jest prosta: oko za oko, ząb za ząb i będę się tej świętej żydowskiej maksymy trzymał.