fbpx

Wielokrotnie pisałem, że pochodzę z małej mieściny Chojnów, gdzie kończyłem, wówczas, legendarne LO, teraz to już tylko ośrodek szkoleniowy „Matura 30%”. Nie zamęczałbym powielaniem wyrywków ze swojego życia, gdyby to nie było ważne dla tematu felietonu. Pierwsza istotna teza już padła, jakość nauczania to jest w tej chwili 30% z tego, co było. Druga smutna rzecz to kadry nauczycielskie. Kiedyś nauczycielem był ktoś, kto posiadał gruntowną wiedzę i w dodatku wyróżniał się na tle innych wykształconych. Dziś szkoły, po urzędach, w znacznej mierze są przechowalnią dla tych, którzy nie załapali się ani na solidną edukację, ani na inną pracę.

Wiem o czym mówię, bo mam wokół siebie kilkoro nauczycieli i opinia jest zgodna. Stare kadry nie nadążają za zmianami, młode to tragiczny poziom intelektualny i przygotowania do zawodu. Najlepiej wygląda to w przedziale 40-50 lat, ci nauczyciele jednocześnie załapali się na kawałek prawdziwej szkoły i opanowali współczesne cuda techniki. Jest spora grupa bardzo dobrych i kochających swój zawód nauczycieli, którzy bardzo często za darmo prowadzą zajęcia pozalekcyjne i korepetycje, tym nauczycielom podwyżki należą się od zaraz, ale oni nie protestują. Takie są brutalne realia, można się na nie obrażać, ale to niewiele zmieni. Lekko licząc około 40% nauczycieli zajmuje się edukacją naszych dzieci, chociaż sami wymagają gruntownej edukacji, a cześć z nich nigdy do szkoły nie powinna trafić. Jest to niestety dopiero pierwsza część problemu, dalej sytuacja dramatycznie się pogarsza.

Prócz poziomu edukacyjnego jest jeszcze poziom moralny, który się uwidacznia przy takich okazjach, jak obecny protest i nie wchodzę w słuszność protestu, powiem tyle, że moja Szanowna Małżonka, podobnie zresztą jak całe „ciało pedagogiczne”, na protestowanie nie ma czasu. Mało tego ostatni lekarz zrobił wielkie oczy, gdy usłyszał, że Szanowna nie chce zwolnienia tylko jakieś leki na przetrwanie przeziębienia. Ludzie, w tym nauczyciele, dzielą się na takich, którzy mają kręgosłup moralny i takich, którzy dla kasy lub innych korzyści wyginają się jak człowiek guma. W czasach normalnej szkoły nauczyciele ścigali uczniów za symulowanie choroby, stąd też znane wszystkim powiedzonko „paluszek i główka, to szkolna wymówka”. Dziś to nauczyciele zachowują się jak sztubaki i w dodatku razem z lekarzami popełniają przestępstwa.

Art. 271. k.k. mówi o poświadczeniu nieprawdy i tego dopuszczają się lekarze. Art. 272 k.k. to podstępne wyłudzenie poświadczenia nieprawdy w dokumencie i takim działaniem jest wyłudzenie L4 przez nauczycieli. O zgrozo ten sam proceder uprawiają inni funkcjonariusze publiczni, w dodatku wykonujący zawód zaufania publicznego: policjanci, pracownicy sądowi. Zatem ludzie odpowiadający z kondycję moralną społeczeństwa, za edukację i przestrzeganie prawa, sami dopuszczają się czynów zabronionych i nagannych moralnie. Taki to upadek, którego nie da się usprawiedliwić żadną racją, poza obroną najwyższych wartości, na przykład życia. Obojętnie co kto sądzi o poziomie wynagrodzeń, oszustwo i przestępstwo dla kasy, to jest działanie właściwe dla marginesu społecznego, nie dla elity.

No i tak dochodzimy do tytułowego żula. We wspomnianym LO chodziłem do klasy z dziećmi trojga lekarzy. Fajne chłopaki i dziewczyny, lekarze też nie najgorsi, ale u każdego z nich można było bez trudu załatwić „kacowe”. Najprościej dało się to załatwić u ojca mojego kolegi. W poniedziałek ustawiały się do niego zawijane ogonki, ale przyjęcie pacjenta trwało nie dłużej niż 1,5 minuty. Na czym polegała diagnoza i terapia? Wchodził „chory” do gabinetu i podawał lekarzowi książeczkę zdrowia. Tata kolegi otwierał książeczkę, sprawdzał jaki banknot jest w środku i nawet nie pytał na ile dni wypisać L4. Wszyscy wiedzieli jakie są stawki i za jaki nominał należy się tydzień wolnego, a za jaki 3 dni.

Przyjęta przez nauczycieli, policjantów i pracowników sądowych metoda protestu, to metoda „na żula”. Gorzej! Żule przynajmniej „uczciwie” płaciły za symulowanie, wyżej wymienieni protestujący idą na żebry. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że odpowiedzialni za swoje resorty ministrowie, nie tylko nie udzielili żadnej reprymendy swoim podwładnym, ale jeszcze zapewnili, że nie podejmą kontroli. W tym miejscu warto poinformować, że za PRL-u kontrole były i „kacowe” ścigano. Na koniec najważniejsza i najsmutniejsza konkluzja. Nie znam przypadku z czasów LO, aby w kolejce do „kacowego” ustawił się: policjant, nauczyciel, czy pracownik sądowy. O tempora, o mores, o KADRY!