fbpx

Czasami mam opory przed używaniem ostrego języka, zawsze jest taka obawa, że sedno przekazu zostaje przykryte ornamentami. W przypadku Tuska i określenia „polityczny troll”, takich oporów nie mam, bo dokładnie to jest sednem przekazu. Z maniakalnym uporem podkreślam, że jeśli Tusk nie bredzi o „aresztowaniu autostrad”, „Ajatollahu”, czy „zielonej wyspie”, to nie ma zupełnie nic do powiedzenia. Zgoda, pewnie da się to nazwać bardziej elegancko, na przykład polityka czystego PR-u, ale to nie jest precyzyjne określenie i nie zawiera, tego co Tuska charakteryzuje najbardziej. On najzwyczajniej w świecie prymitywnie prowokuje i robi to non stop, cała jego polityczna działalność sprowadza się do rysowania styropianem po szkle.

Jedno jednak trzeba mu oddać, przez całe lata Tusk potrafił z siebie metkę PR-owego zapiewajły zmywać, chociaż PR-u dodawał do wszystkiego, co robi i jadł. Działo się tak dlatego, że nad Tuskiem rozłożono olbrzymi parasol medialny, nie tylko polskojęzyczny, ale i zbudowany z „zachodniej prasy”. Drugim niezwykle istotnym argumentem, jaki posiadł, była skuteczność w wygrywaniu z PiS. Tutaj też nie ma co się zachowywać jak nomen omen Tusk i obiektywnie warto stwierdzić, że przez prawie 8 lat ta prostacka strategia działała. Nie od dziś widomo, że zwycięskiego składu się nie rozlicza i nie zmienia, dopóki Tusk był kojarzony z symbolem zwycięstwa, miał status nietykalnego polityka, oczywiście wśród swoich. Skąd się też wziął ten tragikomiczny mit o „białym koniu, z prostego kojarzenia Tuska, jako pogromcy PiS.

Tak było, ale się skończyło i co ważniejsze nigdy do pierwotnej postaci nie wróci. Trudno w to uwierzyć, że do szpiku cyniczny i wyrachowany Tusk dał się wciągnąć w pułapkę, jednak to fakt nie hipoteza. „Prezydent Europy” najwyraźniej uwierzył w mit o własnej potędze i napędzany megalomanią nie oparł się pokusie, aby przetestować swoją polityczną moc. Jego trzy kampanijne występy w Polsce miały być wstępem do wielkiego triumfu. Wszyscy myśleli, łącznie z Jarosławem Kaczyńskim, że wynik wyborów będzie oscylował na granicy 2% w tę lub w tamtą stronę. Przy takich subtelnych różnicach Tuskowi łatwiej było podjąć ryzyko i wziąć na siebie przechylanie szali zwycięstwa. Dalej już idzie z górki, GW i TVN trąbią, że o zwycięstwie zdecydował finał kampanii z udziałem Tuska, w ten sposób mit „białego konia” się uwiarygodnia i zaczyna być największym kapitałem politycznym Tuska.

Ruch dość odważny, jak na Tuska nawet bardzo odważny, bo on, prócz politycznego trollowania, uwielbia się czaić i czekać na pewne sukcesy. Zaryzykował, być może ktoś go zmusił albo poszedł za głosem „speców” i powszechnego przekonania, na jakiej granicy będzie się toczyć walka o zwycięstwo. Dziś wiemy, że Tusk przegrał i to w bardzo konkretny sposób, odbierający wszystkie „magiczne moce”. Kosiniak-Kamysz wykrzyczał otwartym tekstem, że tajna broń zwana Donald Tusk, owszem zmobilizowała elektorat, ale był to elektorat PiS. Bardzo podobne wnioski, póki co półgębkiem, słychać w świcie „ekspertów” i „mediów”, na końcu twarde dane potwierdzają ocenę Kosiniaka-Kamysza. PiS wygrał wybory mobilizacją własnego elektoratu, który dotąd systematycznie zostawał w domach, gdy odbywały się wybory europejskie.

Jasne, że mobilizacja elektoratu PiS to jest zasługa wielu czynników, ale w tym pakiecie bez wątpienia mieści się aktywność Tuska i to jako czynnik niebagatelny. Pewno jest jedno, Tusk chciał pokazać się jako ten, który przesądzi o zwycięstwie Koalicji Europejskiej, a wyszło mu dokładnie odwrotnie i zaczął być kojarzony z sukcesem PiS. Takiej metki w polityce się nie zmywa, w każdym razie nie w tydzień, miesiąc, rok. Będzie to Tuskowi wypominane bez końca i przez przeciwników politycznych i przez sfrustrowanych zwolenników opozycji. Do wszystkich bardzo dobrych informacji w ostatnich dniach, dochodzi jeszcze i ta, że beznadziejnie słaby Schetyna może być spokojny o stołek „lidera opozycji”. Jedyny kontrkandydat Schetyny, spadł z tak wysokiego konia, że przez długi czas się nie poskłada.