fbpx

Jestem w posiadaniu pełnej wiedzy praktycznej, ponieważ pomiędzy takimi jak Rzepliński się wychowywałem, chodziłem z nimi do szkoły, grałem w piłkę na podwórku i obserwowałem ich kariery po latach. Człowieka z kompleksem prowincji, takiego co to w dzieciństwie załatwiał swoje potrzeby na nieheblowanej desce i szarpał Trybunę Ludu z gwoździa, poznaję z hektara. I naprawdę nie chodzi tu o żadne obrażanie, znieważanie, czy odreagowanie, po prostu mam przed oczami dziesiątki Rzeplińskich i nie ma mowy o pomyłce w charakterystyce postaci. Prosty, a precyzyjniej prostak, w każdym wymiarze. Wygląda jak prostak, zachowuje się jak prostak, mówi jak prostak. W języku codziennym ten typ mentalny nazywa się mało elegancko burakiem albo osobnikiem, którego granatem oderwano od pługa. Kto ma jeszcze jakieś wątpliwości proszę, aby zwrócił uwagę na charakterystyczne rzeczy. Sposób bycia powiązany z wiekiem i sprawowanym urzędem. Rzepliński ma 67 lat, ale gdy się przyjrzeć jego fochom: ręce w kieszeni, ostentacyjne paradowanie po Pałacu Prezydenckim bez krawata, ujawnianie korespondencji, burczenie pod nosem, to widzimy sztubaka w całej okazałości. Nie ma to nic wspólnego z innymi cechami charteru takimi jak ekscentryczność, indywidualizm, czy nawet cynizm. Pierwsze skojarzenie odnosi się do prostaka i to niedojrzałego prostaka, z manierami obrażonego nastolatka, któremu mama zwraca uwagę, żeby wyjął ręce z kieszeni, umył głowę i obciął czarne paznokcie, bo inaczej żadna panna go nie zechce.

Musiał słyszeć mały Andrzej tego typu uwagi i od mamy i od panien, stąd też jego rozpaczliwe okazywanie, że jest teraz kimś ważnym i już nie musi nikogo słuchać. Identycznie zachowuje się spora cześć rekrutów w firmach ochroniarskich. Emerytowani lub renciści po sześćdziesiątce, którzy całe życie robili w fabryce za fizycznego, nagle dostają mundur, legitymację i największy skarb w postaci krótkofalówki. Mieszkasz z takim 30 lat w jednej kamienicy, ale gdy spotkasz go w Biedronce, nie poznajesz człowieka i on ciebie nie pozna. Prowincjonalny sznyt, głęboko zakorzeniony kompleks chłopaka z najniższego stanu, który wszystkie braki intelektualne i fizyczne musiał nadrabiać koniunkturalizmem, to pełen obraz Andrzeja Rzeplińskiego. Bawię się w tę psychoanalizę w konkretnym celu i jak wspomniałem nie jest nim chęć dokopania Rzepińskiemu, bo gdyby tak było zabrałbym się do rzeczy w odpowiedni sposób. Jest znacznie gorzej z moją wolą i zamiarami. Przyznam się jak na spowiedzi, że jestem bezradny i przygnębiony. Patrzę na Rzeplińskiego i zupełnie nie mam pomysłu w jaki sposób pozbyć się parszywego dyskomfortu, którym jest świadomość, że ten prostak w każdym calu sprawuje jeden z najwyższych urzędów w Polsce.

Chciałbym zastosować swoją ulubioną, w takich przypadkach, metodę, czyli zlekceważenie małości i zajęcie się poważnymi sprawami, ale nie potrafię. Siedzi mi to na wątrobie jak przypalony tłuszcz i we łbie mi kołacze nieustannie, że od pół roku czy tego chcemy, czy nie, prowincjusz granatem oderwany od pługa, zatruwa i paraliżuje życie publiczne w Polsce. Z tym faktem nijak nie mogę się pogodzić. Jakby nie kombinować przez siedem miesięcy jesteśmy skazani na Rzeplińskiego, a ponieważ wiem doskonale, że to jest mentalność niereformowalna, spodziewam się dziesiątek żenujących scen z jego udziałem, które w dodatku rozleją się po całej Polsce i poza granice Polski. Nie ma sposobu na skuteczne wyeliminowanie ochroniarza z krótkofalówką, będziemy się musieli z prostakiem przemęczyć do końca roku.

Jedyny środek dyscyplinujący to jasne definiowanie Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, bo nic tak nie ożywia cięgów zebranych za młodu, jak przypomnienie kim był i kim pozostał nieogolony Andrzej Rzepliński z rękami w kieszeniach. Jakkolwiek próba porozumienia z Rzeplińskim nie ma najmniejszego sensu. On musiałby najpierw zrozumieć, że paznokcie trzeba obciąć, a potem się zastosować do elementarnej higieny. Sęk w tym, że takie olśnienie oznaczałoby utratę poczucia siły i władzy. Rzepliński straciłby krótkofalówkę razem z mundurem i musiałby się normalnie witać z sąsiadami, z którymi chodził do szkoły. Nie zrobi tego nigdy, bo to wszystko co ma.