fbpx

Po sześciu latach farsy i ewidentnego sabotażu śledztwa pojawiły się dwie pierwsze fundamentalne dla sprawy decyzje. Jak dalece poprzednia władza nie była zainteresowana prowadzaniem, przynajmniej przyzwoitych czynności śledczych, świadczy fakt, jakie czynności podejmuje obecna władza. Nie ma w katastrofach lotniczych bardziej podstawowego badania, niż skrupulatna analiza zapisu czarnych skrzynek. Nie ma też bardziej ludzkiego obowiązku, niż pełna szacunku sekcja i identyfikacja zwłok ofiar katastrofy. Obie te czynności w wykonaniu rządu Tuska, ówczesnej prokuratury i „komisji lotniczych” da się określić tylko jednym mianem – profanacja. Czy nikt, nigdy nie przeprowadził tak skandalicznego śledztwa? Przeprowadził i to niejedno, może nie aż tak fałszywe, ale ustawionych raportów nie brakuje. Namiętnie oglądam „Katastrofy w przestworzach” i to w ramach tego dokumentalnego serialu, National Geografic nakręciła nieprawdopodobnego gniota z katastrofą Tu 154M. Widziałem kilkadziesiąt odcinków i w żadnym producent nie odstawił takiego cyrku, jak w przypadku Smoleńska. Pomylą się wszyscy, którzy skorygują ten surowy osąd informacją, że National Geografic nie bawi się w politykę, tylko opiera cały scenariusz na oficjalnych raportach, nie dyskutując z nimi. Nic podobnego, w wielu przypadkach raporty były wręcz odrzucane jako przyczyny katastrofy. Do kilku śledztw wracano po latach i okazywało się, że przyczyny katastrofy były zupełnie inne, a pierwotne raporty sfałszowane i od początku pisane pod tezę.

National Geografic poza katastrofą smoleńską we wszystkich pozostałych przypadkach nie miała najmniejszych oporów z pokazaniem ewidentnych błędów w oficjalnych raportach i to takich, które obowiązują do dziś. Najsłynniejsza „korekta” po latach dotyczyła lotu British European Airways 609. Tragedia miała miejsce 6 lutego 1958 roku i była jedną za najgłośniejszych katastrof, bo na pokładzie samolotu Airspeed Ambassador znalazła się piłkarska reprezentacja Manchesteru United. Znajdziemy w tym locie sporo podobieństw do naszego Tu 154M. Samolot startował w ciężkich warunkach, jakie panowały na lotnisku w Monachium. Maszyna trzykrotnie podchodziła do startu i za każdym razem miała problemy z silnikiem, dokładnie chodziło o przepustnicę, ale nie ma sensu wchodzić w techniczne detale. Dwukrotnie załoga przerwała lot, za trzecim razem skonsultowała się z obecnym na pokładzie mechanikiem, który stwierdził, że takie zachowanie silnika przy tej wysokości lotniska jest normalne i po prostu trzeba wolniej otwierać przepustnicę. Airspeed Ambassador był znany z tej konstrukcyjnej słabości, a samą procedurę powtarzano dziesiątki razy i nigdy nie doszło do tragedii. Przy trzeciej próbie startu okazało się, że mechanik miał rację, silniki zachowały się poprawnie, ale samolot w ostatniej fazie startu, unosząc już dziób, nagle zwolnił, ponownie przyziemił i w konsekwencji trafił w pobliski prywatny budynek. Z 44 pasażerów i członków załogi zginęło 23, w tym 7 piłkarzy Manchesteru i drugi pilot. Przeżył kapitan samolotu, James Thain.

Warto pamiętać, że w 1956 roku na linii Wielka Brytania – Niemcy wielkiej przyjaźni nie było. Zaledwie 10 lat po wojnie, emocje jeszcze nie ostygły i katastrofa natychmiast nabrała politycznego wymiaru. Od pierwszych minut kapitan James Thain stał się kozłem ofiarnym, co więcej „wybitny niemiecki ekspert” za przyczynę katastrofy uznał oblodzenie skrzydeł. Była to ze wszech miar absurdalna teza, dość powiedzieć, że temperatura na lotnisku wahała się pomiędzy 0 i 1 stopni Celsjusza. Niemiecki pilot, który przybył na miejsce jako jeden z pierwszych wszedł na skrzydło samolotu, by uwolnić zakleszczonego drugiego pilota brytyjskiego. Składając zeznania przewodniczącemu niemieckiej komisji oświadczył, że na skrzydłach w ogóle nie było lodu, jedynie resztki topniejącego śniegu. Dodał też, że na nogach miał gumowe buty i gdyby rzeczywiście na skrzydłach zalegał lód nie byłby w stanie się na nim utrzymać. Zeznania te w całości niemiecki raport pominął. Za dowód kluczowy posłużyło zdjęcie skrzydła z widocznym jasnym nalotem, później się okazało, że to po prostu prześwietlenie. W jaki sposób lód na skrzydłach miał doprowadzić do nagłego zwolnienia samolotu nikt z niemieckiej komisji wyjaśnić nie umiał. Z wybitnego pilota i weterana wojennego kapitana Jamesa Thaina zrobiono kompletnego amatora, który złamał podstawowe procedury, rezygnując przed startem z odladzania skrzydeł.

Na nieszczęście Jamesa Thaina brytyjskie media i później władze przyznały Niemcom rację. W Wielkiej Brytanii uznano kapitana winnym i zakazano mu lotów. Nigdy więcej kapitan James Thain za sterami samolotu nie usiadł, ale po latach udowodnił, że niemiecki raport był jednym wielkim łgarstwem. Udało mu się tego dowieść, ponieważ miał kilka ważnych argumentów. Przede wszystkim przeżył, po drugie jego żona była wybitnym fizykiem i chemikiem, po trzecie nieustannie pisał listy, do niemieckich i brytyjskich władz, o ponowne wszczęcie śledztwa. Wreszcie po 10 latach dostał odpowiednie wsparcie, ze strony premiera i instytucji brytyjskich. Kapitan James Thain wraz żoną po latach własnych analiz i eksperymentów, przedstawili swoją wersję katastrofy, której przyczyną miało być zalegające błoto pośniegowe na końcu monachijskiego pasa. Taka wersja wydarzeń oczywiście obciążała niemiecką załogę lotniska, a nie brytyjskiego pilota, jednak trzeba było to jeszcze udowodnić.

Na lotnisku Heathrow przeprowadzono dziesiątki symulowanych startów tego samego typu samolotu, na pasie zanieczyszczonym błotem pośniegowym. Za każdym razem samolot zachowywał się dokładnie tak samo jak w Monachium. Po latach ten sam świadek zeznał raz jeszcze, że na skrzydłach nie było grama lodu. W 1968 roku, a więc 12 lat po katastrofie kapitan James Thain został w Wielkiej Brytanii w pełni zrehabilitowany. Niemcy pomimo ewidentnych dowodów i potężnego upływu czasu nie zrehabilitowali brytyjskiego pilota i do dziś za oficjalny uznają swój raport. Opisałem tę historię, bo chciałem pokazać, że nie stoimy przed beznadziejnym wyzwaniem, potrzeba dużej determinacji, wiedzy i wysiłku, żeby dotrzeć do faktów. Kapitan James Thain miał znacznie mniej i też przez wiele lat nie mógł liczyć na żadne wsparcie, jednak wygrał. Smoleńsk jest do „wygrania” i pierwsze poważne decyzje zmierzają w tym kierunku.