fbpx

Niezwykle podoba mi się czujność społeczna, zdecydowanie wolę gdy człowiek doszukując się prawd 134 razy zbłądzi, niż raz jeden weźmie każdą oficjalną blagę za pewność. Czujność jest niezwykle ważna, błądzenie jest kosztem weryfikowania wersji wydarzeń, ale jeśli całość umieścimy w kontekście politycznym, to się zaczyna robić niebezpiecznie. Wszelkie prowokacje z grubsza da się podzielić na słowa i czyny. W przypadku aktów terroru poważni ludzie najpierw wysadzają lub podrzynają gardła, potem tłumaczą w jakim celu dokonali prowokacji i na co chcieli zwrócić uwagę. Kategoria czynu powakacyjnego zwykle jest łatwiejsza do zlokalizowana, natomiast słowa prowokacji mają to do siebie, że pozostawiają do wyboru nieograniczoną liczbę autorów. Dzisiejsza „akcja terrorystyczna”, skierowana przeciw szpitalom i prokuraturom, zdecydowanie należy do prowokacji słownych i gdy człowiek zrobi sobie taki wstępny odsiew, bardzo szybko się zorientuje, że pochopne wskazywanie autora może się skończyć kompromitacją. Pierwsze komentarze na forach w ogóle mnie nie zaskoczyły, Tuska obciążono serią gotowych analiz – zadyma wywołana w ramach przykrywania bieżących wydarzeń, a kto wie, czy nie podkład do wprowadzenia represji, zwijania demokracji itd. Nie wiem gdzie kończy się głupota Tuska, a gdzie się zaczynają skłonności samobójcze, ale gdyby Tusk miał za tą akcją stać, to jest wystarczająco cwany, aby całość wyglądała zupełnie inaczej. Pełen rozmach, pełne ewakuacje, helikoptery, F16, słowem „szoł” pokazujący „państwo zdające egzamin”. Tymczasem w szpitalach nie było żadnej skoordynowanej akcji ewakuacyjnej, jakieś karetki plątały się chaotycznie po placach szpitalnych, gapie udzielali wywiadów, odwiedzający chorych okazywali pełną dezorientację.

W telewizji zobaczyliśmy stare poczciwe państwo peerelowskie, najmniejszych fajerwerków amerykańskich, czy europejskich. Atmosfera zagrożenia i bohaterskich wysiłków władzy padła od komunikatu o fałszywym alarmie bombowym, który wydano bodaj dwie godziny po bombowym wygłupie. Pojęcia nie mam kto stoi za tą hucpą, ale idąc drogą logicznego rozumowania Tusk wystawiając podobny gniot na widok publiczny, bardziej się pogrąża niż asekuruje. Jedyny sensowny motyw tej ewidentnej partaniny, który da się przypisać Tuskowi, to spontaniczne wykorzystanie sytuacji, wciągnięcie oponentów politycznych w kompromitujące spiski. Tak zwany rozwój wypadków, nie sama „przygotowana” akacja daje się nieźle wykorzystać, bo im mocniejsza interpretacja bombowych wygłupów obciążająca Tuska, tym większe ośmieszenie i o takim niebezpieczeństwie wspominałem, w kontekście politycznym. Nie jest żadną sztuką pośpieszyć z gotową receptą i alarmem wskazującym na wygodnych sprawców prowokacji, sztuką jest okazanie strategicznej cierpliwości i wystąpienie ze swoimi wnioskami we właściwym czasie. Najpierw wypada poczekać na pierwsze ruchy i opinie strony, która leży w obszarze podejrzeń, potem można się decydować na dochodzenie prawdy. Pierwsze reakcje strony rządowej były tak wyraziste, że nie ma sensu pakować się w rozbudowane teorie, które będą kompromitowały politycznie, ale nie Tuska, tylko stronę przeciwną. Moim zdaniem Tusk musiałby wykazać się skrajną głupotą, żeby się decydować na taki wybuch, który po kilku chwilach okazał się kapiszonem.

Zdecydowanie bardziej profesjonalną, chociaż też tandetną akcją, niemal na pewno przeprowadzoną przez służby, był Bruon K., który na szczęście nie wypalił i prawdopodobnie tym się bardziej martwi Bondaryk, nie Tusk. Chwytając się rozpaczliwych argumentów wciskających Tuskowi „bomby” można iść w kierunku wciągania politycznych oponentów w pułapkę, ale i tutaj Donald nie miał cienia szans. Oponenci doświadczeni trotylem i Brunonem K. w końcu nauczyli się odpowiednio postępować, czego owoce zebrali dość szybko i w sporej ilości. Wreszcie pozostaje kwestia rzeczywistego sprawcy, czyli kolejna rzecz idąca na konto rządów Donalda. Jeśli sprawca nie zostanie wykryty szybko, to gdzie szukać zysku politycznego PO, przecież taka nieudolność znów spuści słupek sondażowy o parę punktów, składając się na ogólny obraz nędzy i rozpaczy. Jeśli zaś sprawca był hodowany przez służby, czego wykluczyć nigdy się nie da, to dlaczego tak tę robotę spieprzono nieludzko i jaki frajer weźmie całą rzecz na siebie? Gdy prowokator ma wszystko pod kontrolą, ustawionego sprawcę i akcję, to może i musi budować napięcie co najmniej godzinami, jeśli nie dniami, a tutaj po godzinie zeszło powietrze z kapiszona. Na moje oko Tusk z kolejnego bałaganu ma tylko jedno wyjście – złapać gówniarzy w sekund pięć i modlić się, żeby chociaż w minimalnym stopniu dali się zapisać do faszystów, a nie daj Boże do zielonych, czy „feministów”.

Prawdę mówiąc okrutnie się męczę nad klawiaturą, bo mam świadomość, że temat zdechnie za dwa dni, jeśli nie jutro rano. Niemniej podjąłem znój twórczy ze względu na ten jeden ważny aspekt, który nazwa się „łatwość prowokacji” i wiążącą się z tą łatwością śmieszność, która skutkuje politycznymi porażkami. Prawdopodobieństwo, że Tusk maczał palce w przygotowanej z pełną premedytacją bombowej hucpie jest porównywalne z przysłowiowym spadaniem cegły na głowę w drewnianym kościele, co nie znaczy, że Donald nie może się do „zabawy” włączyć. Jego ministrowie już skorzystali z okazji, Arłukowicz z Sikorskim prężą torsy przed kamerą. Tusk też ma szansę zaistnieć i tym większą będzie miał na to ochotę, jeśli zauważy, że tanim kosztem da się wykpić i skompromitować politycznych przeciwników. Nie wiem jak pozostali, ale ja nie zamierzam dostarczać Tuskowi argumentów do zabawy i trochę mnie martwi odruchowe parcie na ekran w wykonaniu blogerów naśladujących medialnych redaktorów. Redaktorzy swoim zwyczajem mnożą idiotyzmy za pieniądze i reklamy, złapali ochłap i wróciły stare tematy „ile wolności w Internecie”.

Odgrzewany kotlet podany z nieodzownymi dodatkami w postaci pełnej ignorancji. Dywagacje na temat „zagranicznego serwera”, który to efekt da się uzyskać przy pomocy banalnego narzędzia, jakim jest adres IP lub bramka proxy, dobitnie świadczy o poziomie redaktorskim, jeszcze tylko Dziewulskiego brakuje. Z wiedzą blogerską jest znacznie lepiej, ale w miejsce ignorancji pojawiło się jakieś takie dziwne poczucie lojalności i deklaratywności unoszące się na internetowych stronach. Nieważne jak i czym byle pokazać, że stoi się po właściwej stronie. Sama wiara w słuszność przekonań i obranej drogi, w czasach powszechnego relatywizmu, jest rzadką wartością i nie warto osłabiać niewielkiej siły podobnych postaw. Jednak na pewno warto się zastanowić nad formą i treścią. Nie byle czym i bele jak, ale mózgiem i wymiernym skutkiem buduje się szlachetne postawy. Reszta bezmyślnego gadania, na zasadzie im mocniej i bardziej sensacyjnie, tym lepiej i ciekawiej, kończy się dwoma kadencjami tanich prowokatorów sprawujących najwyższe urzędy i śmiesznością opozycyjnych analityków.