Lecznicza Marihuana? Dlaczego nie? Pod warunkiem, że naprawdę leczy!

Prześlij dalej:

Do dyżurnej debaty na temat legalizacji „zioła” nie zamierzam się włączać, bo drgawek dostaję na samą myśl o wymianie argumentów, które słyszałem z 1000 razy. Co innego kwestia ziołolecznictwa, którego jestem gorącym zwolennikiem. Rzecz wbrew wszystkim pozorom i ideologicznym paranojom jest niezmiernie prosta. Pośród rozmaitych medykamentów mamy w tej chwili całą grupę psychotropów i substancji, które z powodzeniem mogą zastąpić używki. Zaczynając od najprostszego spirytusu, przez eter, aż po morfinę (pochodna opium), znany „afrodyzjak” z przełomu XIX i XX wieku. Z tego jednego powodu argument, że marihuana jest narkotykiem i w związku z tym, nie powinna być uznana za lek, jest najzwyczajniej w świecie głupi. Medycyna klasyczna i ludowa korzystały od lat ze substancji rozweselających i usypiających. Ze starych wiejskich opowieści pamiętam, że dawniej babki usypiały dzieci jakimiś naparami makowymi i takich wynalazków jest całe mnóstwo. Gdyby dobrze się rozejrzeć z całą pewnością dałoby się przy odpowiednich dawkach leczyć depresję amfetaminą albo meteopatię kokainą. Problem jednak w tym, że to dopiero połowa zagadnienia i to ta łatwiejsza połowa. Dziwnym trafem na topie wylądowała marihuana i temat natychmiast został podjęty przez największych dziwolągów. Tak czy owak, nie mnie to rozstrzygać, od tego są kliniki laboratoria i lekarze. Nie widzę absolutnie żadnych przeciwwskazań, by do morfiny, kodeiny i prozacu dołączyła marihuana. I przyczyna jest naprawdę tylko i wyłącznie jedna, a nazywa się logika.

W medycynie środki tego rodzaju nie są niczym nowym, a obawa, że marihuana tylnymi drzwiami wejdzie do legalnego obiegu jest niedorzeczna. Jakoś nie weszła do obiegu morfina i pozostałe „otępiacze” w skali porównywalnej z amfetaminą na przykład. Lek z definicji jest czymś droższym i trudniej osiągalnym niż powszechnie dostępne „suplementy”. Istnieje natomiast inne niebezpieczeństwo i to rzeczywiście warto wziąć pod uwagę. Czytając i wysłuchując rozmaitych mędrców bardzo łatwo sobie wyobrazić nową „narrację”. Skoro marihuana zostaje uznana za środek leczniczy, to jest czymś nienormalnym, że nie można jej kupić jako używki. Tak pewnie wszystko by się potoczyło, ale to jeszcze nie powód, żeby rezygnować z badań klinicznych. Jak świat światem ludzie gadali straszne bzdury przy każdej nowości, zbijać miała elektryczność, czy lokomotywa, takie czarne wizje zbliżającego się końca świata snuły się zawsze. Ze swojej strony oczekuję tylko jednego. Żadnych panów „światłych” profesorów, którzy działają w tej lub innej organizacji na rzecz. Całkowicie sterylne badania kliniczne, testujące to rzekome arcydzieło farmakologii i sprawdzające jego skuteczność, ale też skutki uboczne. Słowem bez kombinacji i głupot płynących z telewizora, cała filozofia. Któregoś dnia wszyscy razem dostaniemy na głowę, jeśli nie nauczymy się myślenie dopuszczającego wyjątki do każdej reguły.

Strony

27110 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Matka Kurka

Autor artykułu: Matka Kurka

39 (liczba komentarzy)

  1. Jako człowiek, który walczy permanentnie z bólem jestem za badaniami klinicznymi. Być może uda się wynaleźć specyfika na bazie "zioła", który będzie skuteczny i zarazem nie będzie powodował uzależnień, a przede wszystkim nie spowoduje tego, że po paru dniach organizm się przyzwyczai. Czym innym jest lewackie wspieranie owsiakowego "róbta co chceta", a czym innym wykorzystanie różnych specyfików jako lekarstw. 

    Pzdr.

  2. narosło wiele mitów i legend. Znam osobiście działanie zioła, swego czasu jarałem trawkę i hasz. Na pewno rozwesela. Chociaż nie każdego. Mam kolegę, który lubi wypić i kiedyś z ciekawości namówił mnie na skręta, pewnie liczył na jakieś ekstra wodotryski. Na drugi dzień wyznał, że nic nie czuł, nie miał żadnych wizji (;-P) i w ogóle, że to jest do dupy. Oczekiwanie na to, że sam specyfik zmieni komuś świadomość jest złudne i fałszywe.
    Jak mówią: wszystko może być lekiem, ale w ilości ustalonej w sposób laboratoryjny. Np. taki lek przeciwbólowy Traumal, to nic innego, niż syntetyczna morfina i uzależnia każdego, kto przekroczył próg tolerancji.
    Jestem jak najbardziej za dopuszczeniem do obrotu lekami z grupy cannabis i to tych dopuszczonych już za granicą np. w USA. Wydaje mi się, że technologia wytwarzania leku na bazie oleju z konopii ma przeciwników w samym lobby farmaceutycznym, bo produkcja wydaje się tania i nie musi być objęta prawem patentowym pozwalającym zbijać kokosy grupie cwaniaków.

  3. " Wydaje mi się, że technologia wytwarzania leku na bazie oleju z konopii ma przeciwników w samym lobby farmaceutycznym, bo produkcja wydaje się tania i nie musi być objęta prawem patentowym pozwalającym zbijać kokosy grupie cwaniaków."

    Tym oto zdaniem, wg mnie, trafił Pan dokładnie w punkt - mamy tu do czynienia z najzwyczajniejszym w świecie konfliktem interesów. Z jednej strony potężne i wpływowe koncerny farmaceutyczne, które mają interes w tym, by sprzedawać jak najwięcej swoich genialnych "lekarstw" (przy czym ich genialności nie należy utożsamiać ze skutecznością, a wręcz przeciwnie - jej brakiem, dzięki czemu można ich sprzedawac wciąż więcej i więcej ), a z drugiej - biedni, schorowani ludzie, którzy marzą o powrocie do zdrowia lub chociaż o uśmierzeniu bólu.

    Jeżeli natura sama wytwarza lek - w tym przypadku roślinę - to jak Pan słusznie wspomnial, nie można tego opatentowac i zawłaszczyć dla siebie korzyści jakie mogłaby dawać jego sprzedaż. A skoro nie można na tym zarobić, no to co trzeba zrobić z tym fantem ? - ano trzeba pod byle jakim pretekstem zakazać jego stosowania. Proste i smutne zarazem.

    Ja bym dodał tylko jeszcze jeden powód, dla ktorego prawdopodobnie robi się ludziom takie trudności w tym temacie. Otóż wiele wskazuje na to, iż to po prostu faktycznie działa, czyli leczy ! Ale jak to tak - żeby umożliwić ludziom stosowanie substancji, która na prawdę leczy? Kto to widział w XXI wieku Panie ?! Toż sie przeciez wezmą jeden z drugim i wyleczą i nie będzie komu kupować tych wszystkich "genialnych" lekarstw i suplementów, na reklamy których idzie gigantyczna kasa, a z nachalnego wciskania ich biednym ludziskom jeszcze wieksza kasa wedruje do kieszeni koncernów. Tak być nie może przecież, bo to zamach jest i skandal Panie !

    Pozdrawiam :)

  4. powiedział, mniej więcej postaram się to oddać własnymi słowami: dawniej szukano leku na chorobę, teraz szuka się lub tworzy chorobę do leku.

  5. avatar

    zracjonalizowanie problemu.

    Znając różne dziwolągi moralne i etyczne racjonalizacja problemu pójdzie w tym samym kierunku co leczenie niepłodności poprzez in vitro

  6. Obserwuję od dłuższego czasu działania Jerzego Zięby i mnie jego projekt przekonuje. Zięba w ramach powstałej rok temu Polskiej Akademii Zdrowia - skupiającej biochemików itd., a zwłaszcza tych lekarzy, którzy czują się spętani procedurami i nie chcą patrzeć besilnie na cierpienie czy śmierć pacjentów, bo nie wolno im z procedur się wyłamać - chce udostępnić pacjentom olej z kwiatostanu konopi, ale przedtem przeprowadzić badania kliniczne, żeby nikt się tej sprawy nie czepiał.

    Olej byłby dostępny na receptę lekarza, który określiłby w niej odpowiednie do choroby proporcje jego składników THC i CBD.

    Zięba był ponad 20 lat za granicą (Australia, USA), praktykował tam jako naturoterapeuta, dlatego nieobca jest mu idea przedsięwzięć obywatelskich, które są tam częste i skuteczne. Czy uda się mu w Polsce? Czy przełamie biurokratyczny opór, bierność i nieufność?

    Na poniższym wykladzie mówi o tym szerzej. Wykład jest długi, o oleju mówi mniej więcej od połowy. Ale naprawdę warto obejrzec całość, bo bardzo ciekawe:

    https://www.you...

    A tutaj jest jego apel:

    https://www.you...

  7. Czym innym są sklepy zielarskie w stylu holenderskim a czym innym dopuszczalność trawki jako używki; większość problemów Holandii wzięła się nie z lokalnych użytkowników a z "narkoturystów" i przemytu do krajów sąsiadujących. Więc pewnie nie warto być pierwszym w okolicy, który zalegalizuje otwarty handel.

    Ale też nie ma co demonizować. Trawką się nie da upalić na śmierć, badania wskazują, że jest mniejsza skłonność do agresji niż po alkoholu, efekty dymu są podobne do papierosowych. Sam kilka razy zapaliłem i nie skończyłem w rowie ani monarze.

    Ze sklepami trzeba uważać, żeby nie naściągać "elementu", ale nie widzę racjonalnych powodów, żeby było zakazane posiadanie i hodowanie trawki na własny użytek.

  8. Po pierwsze.
    Dawniej dawano dzieciom do ssania taką małą kulkę maku owiniętą w gazę, która była na sekundę wrzucona do goracej wody - to co się tam wydostawało to były sladowe ilości narkotyków, ale własnie tyle, żeby dziecko usnęło, a nie uzależnic.

    Po drugie.
    Marycha w normalnych warunkach to jest krzaczek circa 35 cm, a ilość substancji aktywnej nie przekracza 15 %
    Natomiast na tych "plantacjach" to są krzaczory 1.5 metra, a procent substancji aktywnej sięga 50.

    Po trzecie .
    Problem z konopią indyjską polega na tym, że jest to fantastyczny materiał do wyrobu lin, sznurów, ale również materiałów przędzalniczych na ubrania - dużo bardziej wytrzymałych i trwałych niż to co nam obecnie w sklepach oferują.
    I wcale nie jestem przekonany, że to ostatni własnie element nie jest kluczowym dla faktu, że uprawa tej rosliny jest tępiona w skali całego "cywilizowanego" świata.
    Dawniej, czyli zanim wynaleziono tworzywa sztuczne na przykład do wyrobu lin okrętowych, ale również tych wszystkich syntetycznych i/lub półsyntetycznych materiałów ubraniowych (exemplum wiskoza i innych stylonów) to własnie konopie indyjskie były dostarczycielem włókien, które były mocne, wytrzymałe i łatwo się dawały obrobić.
    Czyli jest konflikt w skali globalnej pomiędzy producentami nici syntetycznych, a potencjalnymi producentami lepszych jakościowo nici naturalnych.
    Z przerobionego włókna konopii indyjskich można by również uzyskać papier - również lepszy jakościowo od tego co się oferuje na rynku.

  9. to kolejna "urban legends". Makiwara, wywar z makowin, czyli pokruszonych główek powstających podczas procesu młócenia makówek. Wierz mi, bo piłem to:-P Swego czasu w moim rejonie, konkretnie Żuławy, uprawiano mak leczniczy (błękitne kwiaty), a rolnicy odstawiali makowiny do punktów skupu, skąd trafiały do starogardzkiej Polfy i tam przerabiano je na morfinę. 
    Na Żuławach dość długo praktywano zwyczaj pojenia konia makiwarą przed ciężką pracą w polu. Kobiety moczyły gałgany w makiwarze i dawały je ssać dzieciakom, kiedy nie było nikogo do opieki ze względu na prace polowe.
    Konopie przemysłowe swego czasu były w Polsce uprawiane i chyba znowu wracają do łaski, ale trochę inna odmiana, może i ma jakiąś zawartość THC, ale chyba niezbyt się to opłaca.
    http://www.biztok.pl/biznes/boom-na-konopie-w-polsce-rolnicy-zarobia-wiecej-niz-na-pszenicy_a17828

  10. Ale chyba Cię nie zrozumiałem, w pierwszym zdaniu piszesz, że to co ja npisałem to "urban legend", by dwa zdania później de facto napisać to samo.

  11. Strony