UE



share

Wiara, a raczej naiwność, że wielkie europejskie biznesy nastawione na krojenie państw zza dawnej żelaznej kurtyny, nagle się w stosunku do Polski załamią, bo mamy premiera intelektualistę-poliglotę, jest śmieszna i wybitnie szkodliwa. W Polsce świetnie się sprzedają puste hasełka, za którymi nie idzie żadna treść, przy tym działa nieśmiertelny mechanizm gadania do samych siebie. Jaki konkret mam na myśli? A na przykład największą głupotę 25-lecia, że Polsce potrzeba 15 milionów magistrów od marketingu i zarządzania, co zagwarantuje rozwój oraz pomyślność miast i wsi.



share

Po raz kolejny słyszymy wielki płacz, jakim to ten marszałek Grodzki niesłownym krętaczem jest. Achom i ochom nie ma końca, a Wielki Szu robi co chce i jawnie drwi z pip grochowych zapowiadając rozmowę dyscyplinującą z wicemarszałkiem z PiS na zasadzie rozmowy „mistrza z uczniem”.

Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, po raz kolejny zapowiada, że wyborów na 28 czerwca „nie da rady” zorganizować. W odpowiedzi Premier wstawia rzewne przemówienie, jak to bardzo ważna jest współpraca władz samorządowych z władzami centralnymi.



share

Jeden z pierwszych argumentów przeciw polskiemu członkostwu w Unii Europejskiej, jaki usłyszałem z zamierzchłych czasach, odnosił się do absurdów, czyli słynnego mierzenia krzywizny ogórków i bananów. Do tej puli pozornych absurdów dochodzi ślimak uznany za rybę i jeszcze tysiące takich kruczków wywołujących uśmiech zdrowego na ciele i umyśle człowieka. W Polsce też mamy takie kwiatki, na przykład w ustawie o VAT, gdzie na wiklinę surową i przetworzoną obowiązują różne stawki, a czy koszyk z surowej wikliny jest wikliną przetworzoną wie wyłącznie naczelnik poszczególnego Urzędu Skarbowego.

Strony