SLD



share

Sam lubię sobie porozmyślać, poukładać rozmaite warianty, ale w ocenie bieżących wydarzeń wszelkie sensacyjne interpretacje zwyczajnie mnie nużą. Kombinowanie stylem konia ciągnącego wóz pod górę, że sprawa Ostachowicza i Wasiak jest jednym z ostatnich misternych akcji propagandowych Tuska właściwie nie jest sensacyjne, ani oryginalne, tylko po prostu głupie. Ewidentne wpadki ostro krytykowane od lewa do prawa nikomu nie służą, a już budowanie wokół nich teorii, że Tusk narobił bałaganu, aby Kopacz mogła w glorii i chwale zrobić porządek, zupełnie się kupy nie trzyma. Jest dokładnie odwrotnie, na mój gust wszystko wskazuje, że Ewce Kopacz podkłada się pierwsze świnie, które w najmniejszym stopniu martwią Tuska, chociaż niekoniecznie są jego samodzielnym dziełem, bo chętnych jest cała gromada. Tusk robi swoje, ktoś inny korzysta z okazji i tak się to chaotycznie fermentuje.



share

Po czym w wnoszę i dlaczego pytam? Jest kilka charakterystycznych cech, które budują tak zwany syndrom SLD. Na wstępie lider partii musi stracić urząd premiera – stało się. Na drugim miejscu o aferach z udziałem działaczy zaczynają spontanicznie mówić media i wręcz szukają każdej okazji – chyba zaczęło się dziać. Wreszcie ostatni etap, czyli rozłam w trakcie kadencji sejmowej i na to musimy poczekać. Do pełni szczęścia sporo jeszcze brakuje i o wielu zjawiskach można mówić, że na dwoje babka wróżyła, ale legendarny trend naprawdę zaczyna wyglądać bardzo dobrze. Rozwinę poszczególne etapy syndromu SLD, aby uzasadnić swój optymizm. Podoba mi się wyjaśnienie rzekomego zgrzytu między Kopacz i Tuskiem, jako propagandowe ustawienie „niezależności pani premier”, brzmi atrakcyjnie i ma podstawy logiczne, ale coś mi tu jednak nie gra.



share

Pięknie rzeczy dzieją się po lewej stronie. Gdzie nie spojrzysz, czy na zboczeńców, czy na kadrę PZPR, czy w końcu ZSL, same problemy, które cieszą. Długo się zastanawiałem na ile zawody w kisielu między sekretarzem z Żyrardowa i błaznem z Biłgoraja mogą pomóc, a na ile zaszkodzić. Na początku wydawało mi się, że połączenie nie jest takie złe, w myśl zasady, że polityka to nie matematyka. Skoro SLD ma w tej chwili w porywach 10%, to po konkubinacie miałoby 12% i ani grama więcej. Kuszące widoki, jednak mimo wszystko starym zwyczajem usiadłem sobie i pomyślałem raz jeszcze. A na cholerę ten zysk choćby minimalny? Nie lepiej zostawić wszystko po staremu. Niech się żrą, tego elektorat nie lubi jeszcze bardziej niż sztucznych związków. Kolejna wojenka nie pomoże Millerowi, a zboczeńców pogrąży ostatecznie. Dobrze czasem dwa razy pomyśleć, chociaż zdaję sobie sprawę, że wymagam zbyt wiele, również od siebie, bo temat do przemyśleń wyjątkowo obrzydliwy.

Strony