prawda



share

Strasznie nie lubię określeń: „blog”, „blogowanie”, „bloger” i przede wszystkim „blogosfera”. Powodów jest klika, ale najważniejsze to infantylizacja i podporządkowanie. Przez dłuższy czas powyższe słówka były prawie inwektywą w ustach „profesjonalistów” od pisania i wprowadzały jasny podział, żeby nie powiedzieć przydział. Jesteśmy my – zawodowcy i są oni – amatorzy. Z czasem okazało się, że „blogowanie” nie ujawnia amatorstwa „blogujacych”, ale doprowadza do demaskacji amatorszczyzny „profesjonalistów” i jednym ze skutków ubocznych procesu jest uprawomocnienie słów dotąd dziecinnych. Dziś sami profesjonaliści sięgają po słownictwo, które deprecjonowali, z tym, że nastąpiła zdecydowana korekta semantyczna. Być blogerem znaczy być kimś tak samo ważnym jak dziennikarz, czasami nawet ważniejszym, i coraz więcej dziennikarzy mówi o swoich „blogach”, „blogowaniu”, przynależności do „blogosfery”.



share

Gdyby to były tylko moje słowa nie zawracałbym nikomu głowy, ale to jest oficjalne stanowisko Przyzby RPIII zwanej salonem. Ponieważ nie zauważyłem, aby ten wyraźny, do pewnego momentu wręcz niewyobrażalny postęp, został przez kogoś wyróżniony, korzystam z okazji, żeby być pierwszym. Jednak nie z próżności, ale dla wspólnego dobra zwracam uwagę na zmianę retoryki, bo rzeczywiście i bez cienia ironii uważam, że mamy do czynienia z rewolucją, która ma szanse pożreć własne dzieci. Adam Michnik, ostatni bastion Putina w RPIII, zdradził ukochanego przywódcę i zaczął rozpaczliwie ratować swój wizerunek, jakby cokolwiek uratować się dało. Co to oznacza w praktyce? Krążyły pogłoski, że Putin będzie się „odwdzięczał” Smoleńskiem Tuskowi i Komorowskiemu za wtrącanie się do spraw radzieckich. Wydaje się, że miałem rację traktując tę tezę z dużą ostrożnością, chociaż wykluczyć niczego się nie da.



share

Poczucie satysfakcji pozbawione małostkowości, winno towarzyszyć każdemu wątpiącemu, czy to wypada się radować z cudzego nieszczęścia. Bolek odpadł w eliminacjach i nie ma cienia powodu, żeby szczerze nie krzyknąć: „Hura!”, a potem równie radośnie puścić mimo uszu wszystkie riposty w stylu „typowo polskie piekło”. Tylko hipokryci lub zaprzyjaźnieni z blagą nie poczują satysfakcji, gdy spektakularnie upada historyczna mistyfikacja, ale też chciałbym nieco uporządkować euforię. Mam wrażenie, że wielu radujących się odebrało porażkę Bolka w Hollywood jako decyzję potwierdzającą upadek mitu Wałęsy. Prawdy jest w tym tylko kawałek, amerykańska diaspora ma w głębokim poważaniu fałszerstwa historyczne, co więcej gustuje w podobnych scenariuszach. Bolek wypadł w baru z zupełnie innego powodu, mianowicie zadarł z pedalskimi fanatykami, którzy nie wybaczają.

Strony