Powstanie warszawskie



share

Samograje publicystyczne to jest coś czego szczerzę nienawidzę i używam słowa nienawiść z pełną premedytacją. Nienawidzę „debat” o aborcji, prawach „gejów”, parytetach i kibicach. Ci ostatni mają najgorszy PR i monotonną argumentację przypisaną do ich zachowań. Sam czuję się kibicem i gdy słyszę takie stereo, że kibic to bandzior albo patriota zbierający pieniądze na dom dziecka, to nienawiść do debaty publicznej we mnie promieniuje. Dylemat mycia rąk kosztem nóg jest bardzo prosty do rozwiązania znaną od lat metodą obdzielającą ziarno od plewy, ale przy takim przesiewie nie byłoby „zabawy”. Dlatego też zawsze kibic będzie bandytą lub patriotą, w zależności od wyznania wiary oceniającego. Podobnie jest z aborcją, „gejami” i tak dalej, gdzie nie występują inne kolory niż czarny i biały.



share

Mam wrażenie, że od kilku lat spada temperatura oraz intensywność dyskusji na temat sensu Powstania. Zapewne złożyło się na to sporo czynników i żaden z nich nie odnosi się do tak często przywoływanej zgody narodowej. Powtarzanie co roku tych samych argumentów nie dostarcza żadnych nowych emocji i tę okoliczność wskazałbym jako główną przyczynę wyciszania sporu. Krytycy decyzji i rozkazów dotyczących akcji „Burza” mają swoje argumenty, obrońcy swoje, natomiast rytualne przerzucanie się argumentami zostało zredukowane do niewielkiej liczby najbardziej zagorzałych historyków i pasjonatów. Jest też jeden element, który mimo wszystko łączy. Bez względu na zajmowane stanowisko zdecydowana większość Polaków oddaje szacunek Powstańcom, co wcale nie jest jednoznaczne z powstaniem. O godzinie „W” cała Warszawa staje i milczy.



share

Ludziom szczęka opada w wielu okolicznościach, ale najczęstszą przyczyną jest zaskoczenie. Kopara idzie w dół, gdy słyszymy lub widzimy nieprawdopodobną rzecz, na przykład „uchodźcę” spacerującego ze świnią na smyczy. Przyznaję, że dziś też mi się szczęka pogubiła, chociaż w obszarze demaskowania absurdów czuję się prawdziwym weteranem. Gazeta Wyborcza wysmarowała tytuł: „Szanowni Państwo z PiS, powstanie warszawskie i AK to my”. Wspominam jedynie o tytule, bo dalej wiadomo co się stało – szczęka mi opadła i koniec lektury. Nawet krótki kontakt z GW wywołuje efekty, które kończą się uszczerbkiem na zdrowiu, ale to zbyt złośliwy i powierzchowny wniosek, jak na rangę wydarzenia. Nie napiszę też, że koszerna Wyborcza wyszła z nowym pastowanym kabanem na spacer, ale postaram się zwrócić uwagę na sedno sprawy. Wyobrażacie sobie, że Jerzy O.

Strony