Polacy



share

Tak sobie nieskromnie myślę, że moja przewaga, czy jak kto woli „wartość dodana”, która wyróżnia mnie na tle pozostałych publicystów i felietonistów, to wcale nie talent. Najbardziej sobie cenię w „mojej osobie”… pracę fizyczną. Gwarantuję wszystkim gryzipiórkom, że po jednym dniu na budowie albo w warsztacie samochodowym nigdy w życiu nie wróciliby do filozoficznych rozpraw o wyższości pracy intelektualnej nad robotą fizyczną. Zresztą nie istnieje coś takiego jak ciężka praca intelektualna, może być trudna, wybitna, ale nie ciężka.



share

Jestem w posiadaniu zabójczej broni, łączącej wiedzę teoretyczną, choć to tylko paranauka zwana socjologią, z wiedzą praktyczną, a wręcz empiryczną. Wyposażony w taki oręż mogę sobie pozwolić na bezczelne stwierdzenie, że o polskiej prowincjonalnej biedzie i potędze wiem wszystko i o tym opowiem. Był przełom lat 80 i 90-tych ubiegłego wieku. Trzypokoleniowa rodzina wegetująca w mieszkaniu komunalnym, ze ślepą kuchnią, bez łazienki, z kiblem i dostępem do wody na półpiętrze, zderzyła się z „niewidzialną ręką rynku” schowaną za plecami marksisty Balcerowicza. Dwóch dorastających chłopców, dwoje pracujących rodziców i babcia. W ciągu jednej chwili oboje rodzice tracą pracę, podobnie zresztą jak… 75% mieszkańców małej mieściny.



share

Wystarczy „poczytać Internet”, aby wiedzieć, że otaczająca nas rzeczywistości jest opisywana dwoma, niemal całkowicie odmiennymi kanałami informacyjnymi. W oficjalnych mediach drażliwy podtekst polityczny, który był ewidentnym tłem meczu Polska - Izrael, praktycznie nie istniał. Internet natychmiast połączył rywalizację sportową z bulwersującymi atakami politycznymi, chodzi między innymi o obciążanie Polski niemieckimi zbrodniami i żydowskie wymuszanie odszkodowań, za mienie zniszczone przez Niemców i odbudowane przez Polaków. W takiej sytuacji wybór jest dość prosty, przynajmniej dla mnie i zamierzam pisać, o tym co jest rzeczywiste, a nie o tym, czego nie widzą media.

Strony