kopacz



share

Czytam wiele dobrych i bardzo dobrych tekstów publicystycznych, choćby ostatnią diagnozę Piotra Zaremby, którą na poziomie logicznego wyciągania wniosków ze zdawkowych informacji, nawet podzielam. Rzeczywiście jeśli spojrzeć na cały chaos w miarę spokojnym okiem, to można stwierdzić, że w trójkącie Tusk-Kopacz-Komorowski, każdy bok ma inny interes. Tylko, że całe to analizowanie, choćby na najwyższym poziomie inteligencji nie ma najmniejszego sensu i mówię to z pozycji faceta, który nie raz i nie 100 nie potrafił się powstrzymać przed budowaniem hipotez. Trzeba się odwołać do klaski i wówczas naszym oczom ukaże się „Nocna zmiana” albo jak kto woli i lubi „Bunkier Hitlera”. Tak, dokładnie tyle chcę napisać, że w całym tym bajzlu nikt nad niczym nie panuje. Decyzje są podejmowane na zasadzie, „a może Pan Waldek zostanie premierem, co?”. Nie ma żadnej sensacji w tym, że Schetyna będzie ministrem i nie byłoby, gdyby nie był.



share

Wszystkim nie dogodzisz, pomyślałem sobie, gdy między nawałem spraw związanych z działaniami prawnymi i bezprawnymi pewnego „filantropa”, czytałem komentarze dotyczące bieżących wydarzeń. Ponoć jest tak, że kiedy zajmowałem się „pierdołami” w Polsce działy się rzeczy przełomowe i jedno polityczne wydarzenie goniło drugie. Nadrobiłem rzekome zaległości i okazało się, że niczego nie przeoczyłem tylko mam nieco inną hierarchię ważności. Co takiego niby się dzieje? Grillują Sikorskiego? No tak, od co najmniej kilku miesięcy, podobnie jak Sienkiewicza, Arłukowicza i zawsze Schetynę. Kopacz rozmawia w kuchni Tuska i Komorowskiego, Piechociński coś tam przebąkuje o sensacjach? Normalne, przecież to nic innego, jak 154-te nowe rozdanie, reset, czy inne otwarcie. Plotki o powracającym Sławku Zegarku i ministrze spraw zagranicznych Rostowskim, który zamieni marszałka Sikorskiego, to rytuał przy tego typu okazjach.



share

Nie wiem, jak mam to wszystko wytlumaczyc. Musicie wyobrazic to sobie jakos, jest tu u nas taka boczna ulica co Zwinglistrasse sie nazywa, ale piec razy dziennie jezdzi tedy autobus, maly taki, nazywa sie Quartierlinie, no nie wiem dlaczego, krotki jest po prostu. Tam gdzie jest postoj taksowek, a za plecami ma prywatny sklep z amunicja i z bronia palna, obok jest knajpa i tam teraz jestem. Ogladamy Bundeslige, Schalke 04, graja przeciwko Düsseldorf a ja myslami jestem gdzie indziej, tam z krainy skad pochodze, niby Polska wlasnie. Ok, knajpa nalezy do Stavrosa ktory urodzil sie w Matala na Krecie, w knajpie nalewa jego zona Sylvia, to jest Niemka z Paderborn. Siedze przy stole z Karstenem, to jest zwykly tubylec, ale on jest calkiem OK. Karsten odjezdza bo zrobil sobie Niesiola, tzn on na to mowi on na to mowi “Sztefaaa”. To idzie tak, ze Karsten wychodzi na przystanek.

Strony