awans



share

Dziś sobie trochę pofantazjuję, chociaż postaram się całkiem nie odlecieć. Zaintrygowało mnie kilka faktów zbiegających się za sobą. Każdy z nas ma tendencję do myślenia liniowego, które redukuje zjawiska i możliwości, tymczasem z wielu niuansów składają się generalia. Połączyłem sobie taśmy z ostatnimi „awansami” premiera i wicepremier Polski na kamerdynerów Europy i oto co mi wyszło. Przede wszystkim jestem coraz bardziej skłonny uwierzyć, że to nie komsomołka Merkel zabiegała o nominacje Tuska, ale było wręcz odwrotnie. Merkel to stara sowiecka szkoła i ona doskonale wie, że lepiej mieć w Polsce swojego człowieka, którego odejście grozi powrotem Kaczyńskiego, niż zajmować się jakimiś głupotami w UE, gdzie i tak Niemcy zrobią, co zechcą. Gdybym był na miejscu Merkel zrobiłbym wszystko, aby Tusk nie ruszał się z Warszawy i walczył o trzecią kadencję. Tylko z tego jednego powodu uważam, że pani kanclerz absolutnie nie zależało na „awansowaniu” Tuska.



share

Do najszczelniej zakutych głów najłatwiej dochodzi się prostym przykładem, który już zaprezentowałem w tytule. Jeden dzień jeszcze dało się wytrzymać, na drugi było ciężko, ale po czterech dniach robi się tak mdło i durnowato, że co bardziej odważni reprezentanci systemu dostają niestrawności i starają się zachować resztki rozumu. Na początku celnie trafi Jan Wróbel, który potrafi wykonać szpagat wypukły. On to zauważył, że ogólna narodowa podnieta fasadowym stanowiskiem europejskim jest niczym innym, jak przejawem prowincjonalizmu. Dokładnie tak się to prezentuje i jako żywo przypomina cudowne, punktowane, 16 miejsce polskiego sportowca na mistrzostwach świata w czymkolwiek. Gdy Wróbel przetarł szlaki odezwał się Konrad Piasecki i też nie odkrył Ameryki, choć z drugiej strony jakoś większej liczby Kolumbów nie widać. Piasecki zwraca uwagę na oczywistość, której miałem zamiar użyć parę dni temu, ale nie chciałem przegrzewać koniunktury.



share

Domyślam się, że niniejszy tekst może zostać odczytany jako zadaniowa próba dyskredytacji europejskiego „sukcesu” Donalda Tuska, ale takich intencji i zadań nie mam. Tradycyjnie pisze sobie to, co myślę, a myślę sobie tak. Skojarzenie i porównanie do filmowego bohatera serialu „Alternatywy 4” jest bardzo precyzyjne i oddaje stan rzeczy. Istnieją dwa rodzaje awansu, które są nagrodą za „zasługi”, jeden ilustruje ambasada w Hondurasie, drugi stanowisko kierownika po kompromitacji Stanisława Anioła. Towarzysz Winnicki był królem życia, wprawdzie to było życie w PRL, ale pachniało mu zewsząd Pewexem i poczuciem władzy. Gdy dostał stanowisko w zagranicznej placówce minę miał taką, jak Tusk wczoraj. Mało kto zwrócił uwagę, że wszystkich znaków i gestów można się było doszukać na ciele Donalda, prócz entuzjazmu. Dookoła entuzjazm, ludzie krzyczą o wielkim sukcesie, tymczasem Tusk wygląda niczym towarzysz Winnicki po nominacji na ambasadora Hondurasu.

Strony