Kryzys w partii politycznej nie jest ani nowym, ani rzadkim zjawiskiem i to samo dotyczy utraty pozycji lidera partii. Praktycznie po każdej porażce wyborczej pojawia się kryzys i bardzo często szef ugrupowania traci swój autorytet, co nie zawsze kończy się wymianą wodza, ale na pewno podważa przywództwo, przynajmniej w części. Z takim stanem rzeczy od 2023 roku mamy do czynienia w PiS, chociaż konflikty pomiędzy frakcjami trwają znacznie dłużej i pojawiły się już w 2017 roku. Problem w tym, że inaczej funkcjonuje partia władzy, która przechodzi różne perypetia, a inaczej partia opozycyjna.

Dopóki PiS sprawował władzę, to władza była najpewniejszym spoiwem i na potwierdzenie tej oczywistej tezy wystarczy przywołać słynną konferencję Zbigniewa Ziobry z 2020 roku, kiedy to lider „Solidarnej Polski” ukorzył się przed prezesem PiS i dzięki temu koalicja przetrwała. Po obu stronach walka toczyła się o wszystko, bo i PiS i „Solidarna Polska” chciała zachować swoje wpływy, a po ewentualnym rozbiciu „Zjednoczonej Prawicy” nikt nie mógł zachować wpływów zarezerwowanych tylko dla obozu rządzącego. Po zażegnaniu tego sporu pojawiały się jeszcze rozmaite złośliwe wypowiedzi, między innymi Zbigniew Ziobro poczęstował Mateusza Morawieckiego „miękiszonem”, w rewanżu Morawiecki odwdzięczył się krytyką reformy wymiaru sprawiedliwości, za co był odpowiedzialny Ziobro, ale pomimo tych złośliwości cała „Zjednoczona Prawica” ciągnęła wózek w jedną stronę.

Wszytko uległo radykalnej zmianie po 15 października 2023 roku, gdy „Zjednoczona Prawica” wybory wygrała, ale utraciła władzę, co było początkiem głębokiego kryzysu, który trwa do dziś. Początkowo niedawni rządzący paradoksalnie się zjednoczyli, najpierw w desperackiej próbie utrzymania władzy, potem w obronie TVP, a także Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Nie trwało to jednak zbyt długo i w tej chwili praktycznie nie ma dnia, żeby frakcje działające w ramach PiS nie brały się za łby i to publicznie. Chyba nikt nie jest w stanie zliczyć ile razy Morawiecki i jego ludzie obrzucali błotem przeciwników zwanych „maślarzami” i odwrotnie. Wprawdzie Zbigniew Ziobro z powodu choroby i ucieczki na Węgry niemal wypadł z gry, ale „dzielnie” zastępują go Patryk Jaki z Jackiem Kurskim i jeszcze paroma innymi politykami rozpoznawalnymi w mediach trakcyjnych i internetowych.

Próby łagodzenia konfliktów przez osłabionego prezesa PiS przynosiły różne skutki, czasami dochodziło do zawieszania broni, na bardzo krótko, ale najczęściej atmosfera jeszcze bardziej gęstniała i nakręcała wzajemne pretensje. Na domiar złego ciągle trwają spekulacje na temat rozłamu w PiS i w tym kontekście regularnie pada nazwisko Morawieckiego, który w tych dniach ogłosił powstanie nowego stowarzyszenia. Natychmiast pojawiły się pytania, czy to jest wstęp do złożenia nowej partii, konkurencyjnej dla PiS, czemu na razie Mateusz Morawiecki stanowczo zaprzecza. W między czasie Jarosław Kaczyński próbuje udawać silnego lidera z dawnym autorytetem, ale kompletnie mu to nie wychodzi. Parę miesięcy temu powstała lista polityków PiS, którzy trafili do partyjnej komisji etyki i znaleźli się na niej liderzy frakcji: Mateusz Morawiecki i Patryk Jaki, jednak do dziś żaden z nich nie został ukarany.

W myśl zasady „coś trzeba robić”, Jarosław Kaczyński postanowił zawiesić posła Krzysztofa Szczuckiego, co zostało odczytane jako sygnał ostrzegawczy dla Morawieckiego, tyle tylko, że z tym samym Morawieckim prezes PiS kolejny raz spotkał się na Nowogrodzkiej i poza standardowym komunikatem „wspólnie osiągniemy sukces”, kompletnie nic z tego nie wyniknęło i nie wyniknie. PiS jest w tak poważnym kryzysie, że bez gruntownej zmiany w strukturach partii, łącznie z wyborem nowego prezesa, nie będzie w stanie odzyskać poparcia, ani nawet utrzymać tego, co jeszcze ma na stanie posiadania. Dalsze odcinki opery mydlanej będą paczką gwoździ, może nie do trumny, ale do klatki, w której PiS się zamyka i traci kontakt z rzeczywistością.