Reklama

                Czas zacząć, pomyślał Marek wlewając kolejną porcję złocistego napoju, kt

                Czas zacząć, pomyślał Marek wlewając kolejną porcję złocistego napoju, który prócz ataku na nerki i wątrobę, przepuścił skuteczny desant na świadomość, rozmywając i spłycając rzeczywistość. Bez zbytnich dywagacji namówił kumpla, równie zamroczonego, na niewielki wypad do pobliskiej dyskoteki, miejsce nieformalnych godów i stroszenia pawich piór. Dotarli idąc prawie jak po sznurku, z zwichrowaniami powodowanymi uciskiem butów. Zapłacili wstęp podejrzliwie patrzącemu osobnikowi, szerokiemu jak szafa. Nie mieli wierzchniego odzienia, więc podróż do szatni nie okazała się konieczna. Wysłał kumpla po porcję piwa i rozglądnął się po towarzystwie – wszystkie stoły zostały zajęte przez ludzi konwersujących wyłącznie mimiką lub wykrzykując sobie do ucha, plując przy tym niemiłosiernie – muzyka, połączenie patetycznego c-moll z mniej patetycznym dum-dum, jak wbijanie gwoździ w czaszkę, uniemożliwiała swobodną wypowiedź. Tutaj słowa jednak nie miały większego znaczenia, liczył się wymowniejszy język ciała. Zanurzył wargi w świeżym płynie, ze względu na dbałość o klientelę, mocno ochrzczonym i z domieszką soli, aby przypadkiem chęć picia nie zmalała.

     Parkiet dyskoteki był na obniżeniu, ogrodzony barierkami, na których opierali się samce, błędnym wzrokiem szukających zwierzyny do upolowania. Zazwyczaj kończyło się na obserwacji, ponieważ siły witalne, nadmiar kultury i odwagi nie pozwalał na beznadziejne wypuszczanie strzał Amora. Jednak Marek nie stosował owej zasady bezbronnej wstrzemięźliwości, wnet wypatrzył, na samym środku parkietu, łanię, Afrodytę bez twarzy i imienia, ale za to z ciałem jak bogini. Stoczył się po schodach na dół, zostawiając przymulonego kolegę, i rozpoczął żmudną wędrówkę w głąb wijącej się w takt dum-dum ciżby. Dziewczyna tańczyła ze znajomymi i z nieznajomymi, pląsała nieprzerwanie, kręcąc pośladkami, śmigając w kółeczku jak derwisz, z rękami do góry, zapominając o bożym świecie. Przełykając ślinę, Marek przerwał tę modlitwę, chwycił energicznie za dłoń Afrodyty bez twarzy i zakręcił energicznie parę razy wzbudzając powszechny zachwyt. Ludzi na szczęście sporo nie było, w innym przypadku nie trzeba było udawać sztucznego tłoku. Łowca poczuł się jak w swoim żywiole: przechylał, wyginał, podnosił, wykręcał, podziwiał podskakujący biust, oznaka świetnego żywienia się samicy, głównie na pizzach i zupkach chińskich, podziwiał wylewne biodra, idealne do rodzenia dzieci, podkreślające umiejętność ich wychowywania, podziwiał wrodzoną skromność dzierlatki, szczególnie przez skromność w ubiorze; naturalną złotą opaleniznę, którą i przez zimę zejść nie chce, głębokie jak studnia oczy, kryjące niezbadane tajemnice, podziwiał brak twarzy, a właściwie rysów na porcelanowej masce. Wnet dziwny ścisk w okolicach głowy przerwał skuteczne gody. Ktoś wywlókł go za włosy przy akompaniamencie słów, w dużym skrócie i odpowiedniej filtracji, brzmiące: „Mój ci ona”. Kolega się ulotnił. W walce o byt i przetrwanie gatunku, Marek skończył na chodniku, brocząc z nosa krew.

                Deszcz pisał na szybie smutną opowieść. Krople spływając nierównomiernie, opowiadały historię duszy i uczuć Marceliny. Wpatrywała się w tekst natury, skulona na łóżku, opanowana przez marazm i zniechęcenie. Łzy ciekły jakby chciały się porozumieć i zrozumieć ten język. Telewizor, mocno ściszony wydawał przytłumione dźwięki, postacie wdzięczyły się na ekranie, żeby zwrócić na nie uwagę. Niedokończona książka o tragicznym tytule „… postanawia umrzeć”, położona przy nocnej lampce, dopełniała obraz emocjonalnego spustoszenia. Sięgnęła do komórki, obejrzała już setny raz zdjęcie przytulonej pary, zadowolonej z bycia razem. Z oczu mocniej trysnęło. Nagle ożywiła się z zaciętą miną i z pewnym postanowieniem. Podłużny przedmiot błysnął w ręku, wstrzymując oddech pochyliła się, popatrzyła na spiralne żyły, biegnące od dłoni do przedramienia – puls przyspieszył – i… wyciągnęła zeszyt z szafki i zaczęła pisać, dokonując skreśleń i poprawek:

„Ciemność rozprasza girlandy marzeń niespełnionych

Wyłapuje i dusi ludzi w samotności wylęknionych

Walczyć w strasznej beznadziei uczuć nie zamierzam

W otchłań, w piekło, na śmierci spotkanie uderzam

Z czołem podniesionym, lecz na policzku ze łzami

Żegnam Ciebie, oraz wszyscy ludzie! – żegnam się z wami.”

Stwierdziła, że rymy są zbyt płytkie, nie odzwierciedlają rzeczywistego stanu duszy. Skreśliła zwrotkę i tak rozpoczęła na nowo:

„Świat koloru nocy, lepki od ciemności

Ogarnia wnętrze, rozbija na części pierwsze

Miłość,

Odległą jak kwitnące wiśnie, jak zapach jaśminu,

Rosy, o poranku pieszczącej stopy,

Nie ma – z życiem nie wygrasz, porzuć obronę:

Nie ma…

Nadziei”

A i ten efekt wydał się Marceliny mało zadowalający, dlatego również ten fragment doczekał się gwałtownego iksa. Lekko zdenerwowana za to napisała:

„słońce chyląc się ku zachodowi oddało

nocy wszystko drzewa niebo ptaki i tlen

oczekujemy w ciemności dotyku

zapachu i dźwięku

gdzie jesteś? noc i ciebie zabrała

wieczna bo już dla nas słońce nie wstanie

zostanie oleista pustka mroku”

Wyrwała kartkę z zeszytu, zmięła i podarła rzucając w kąt pokoju, zeszyt trafił powrotem do szuflady. Marcelina przytuliła się do misia i wnet zasnęła, aby rankiem przywitać kolejny dzień.

                Rękawem zatamował sączącą się uparcie krew, zmieszaną z rzęsistym deszczem. Niczym automat, ćma lecąca do źródła światła, skierował się na stację benzynową, w celu zaopatrzenia się w porcję piwa. Łapczywie pijąc przy jakiejś budce zapomniał o bólu, za to odtrącony, przypomniał sobie o pewnej kobiecie, którą wyzwał od idiotek, teraz tego żałował. Doznał nagłego przypływu uczucia a tym samym energii. Przestało padać, a niedługo poranek miał objawić swoje istnienie. Niemalże pobiegł w stronę upragnionego domu, mknąc jak na skrzydłach przez dwa osiedla, nie bacząc na rozmydlonych, sporadycznych przechodniów, na pojazdy jak mary z horrorów, bezosobowe i nieczułe. Z dachu kamienic, z rynien ściekała woda, niebo się rozjaśniało, a chmury rozpraszały się od wiatru z północy. Wreszcie zobaczył domek na uboczu, z szarymi ścianami, ale z oczekiwaną zawartością – miejsce podróży. Zadzwonił przez komórkę. „Halo?”, odebrał zaspany głos, trochę chrypliwie. „To ja, jestem pod twoim oknem”, „ Jaki ja?”- po chwili postać pojawiła się w oknie z ręką przyłożoną do ucha. „Marek, pojebało cię?! Cu tu robisz?”, „Kocham cie Marcelina…” przerwał, „Rozum straciłeś do reszty?”, „Chciałem ci wyznać, że cie kocham”, „Co?? Zwyzywałeś mnie, przychodzisz teraz zachlany, budzisz mnie z samego rana i wyznajesz miłość?!” w lekkim szoku stwierdziła, już rozbudzona całkowicie. „Nie rozumiesz? Dopiero to do mnie dotarło. Nie masz już chłopaka. Zrobię dla ciebie wszystko, cholera, cokolwiek zapragniesz. Nie śpię po nocach i nie potrafię przestać o tobie myśleć, włóczę się po knajpach i dyskotekach w poszukiwaniu ukojenia, a go nie znajduję. Proszę cię! Wysłuchaj mnie chociaż teraz.” „Nie, nie kocham cię. Nie o tobie marzę. Wołam ojca, żeby cię przegonił”, i po chwili dodała: „Szaleniec, nawet baby byś nie zadowolił. Won z mojego trawnika.” Opuścił pokornie głowę, odwrócił się powoli, łkając i z rękawem przy nosie, poszedł dalej.

Reklama