Reklama

Niedawno zostały ponoć przeprowadzone badania nad zaufaniem społeczeństwa do wolnego rynku.

Niedawno zostały ponoć przeprowadzone badania nad zaufaniem społeczeństwa do wolnego rynku. Wynikło z nich, że wolny rynek i brak ingerencji państwa w gospodarkę cieszy się poparciem ponad połowy Amerykanów. W Polsce z tym poparciem dla leseferyzmu i rynku w pełni wolnego jest gorzej, poparcie takie wyraziło 22% Polaków, pozostali są wprawdzie za gospodarką rynkową, ale z pewnym stopniem interwencjonizmu, albo nie mają zdania. Eksperci zastanawiają się oczywiście skąd wyniki takich badań. Dlaczego w ojczyźnie kryzysu, który jest podobno kryzysem wolnego rynku, poparcie dla tego rynku jest wciąż tak wysokie? I dlaczego w Polsce słabo dotkniętej przez kryzys to poparcie jest mniejsze?

Odpowiedź w przypadku Polski jest prosta: my prawie nigdy nie mieliśmy wolnego rynku. Jedynym okresem wolności gospodarczej w naszym kraju był krótki czas trzech lat po wprowadzeniu ustawy Wilczka, gdy ustawa ta nie została jeszcze zepsuta i gdy zapewniała Polakom duży zakres swobody. Wielu Polaków kojarzy ten czas ze złotym okresem, podczas którego mogli założyć swój pierwszy biznes, często złożony z rozłożonego na targowisku łóżka z gaciami, ale rozwijający się bez przeszkód i przynoszący zyski. W ciągu tych trzech lat powstały prawie cztery miliony firm, dających pracę ponad sześciu milionom Polaków, to kolejny plus. Są też jednak tacy, którym zmiany kojarzą się wyłącznie z upadkiem pegeeru i z odebraniem trzynastki i oni wolnego rynku nie popierają. Nie poradzili sobie na nim, rozleniwieni i zniechęceni do przedsiębiorczości paroma dekadami socjalizmu, gdy władza dzieliła biedę po równo, ale "każdy miał robotę" i "było co do gara włożyć" ( co ciekawe te hasła powtarzają też często ci, którzy i dziś mają robotę i co do gara włożyć ). Socjalizm się skończył, nadeszła wilczkowa wolna amerykanka, ale i to się szybko skończyło, zaczęły się koncesje, regulacje i szalejąca biurokracja. I co? I nic, biedni na tym nie zarobili i pozostali biedni jak kiedyś, za to ci, którzy wykazali się przedsiębiorczością i potrafili się odnaleźć w realiach uwolnionej gospodarki zaczęli w wielu przypadkach zwijać swoje interesy, nie mogąc dopasować się do realiów urzędów, realiów z roku na rok coraz bardziej absurdalnych i nieprzyjaznych obywatelom. W końcu resztki ustawy Wilczka wyrzucono do kosza, a bezrobocie dobiło do 20%. Później spadło, bo wykazujący się przedsiębiorczością Polacy, nie mogąc cieszyć się wolnością gospodarczą, skorzystali z innej wolności – wolności przekraczania granic państwa.

Reklama

Zbyt krótkie istnienie wolności gospodarczej w Polsce sprawiło, że wielu Polaków nie wie po prostu co to jest wolny rynek i nie miało okazji obejrzeć na własne oczy zalet sytuacji, w której państwo nie "pomaga" gospodarce przez reglamentację koncesji, wysokie i skomplikowane podatki, czy dotowanie bankrutów. No właśnie… Przez dotacje dla bankrutów doszliśmy do Stanów, w których ludzie wciąż są za rynkiem, choć to właśnie tam pokazał on w pełni swoją zawodność. Zaraz, zaraz… A co konkretnie w rynku zawiodło? Powiecie, że pusty pieniądz, że Wall Street, że banki i bańki, itd. Niby taka diagnoza jest trafna, ale czego ona dowodzi? Zawodności wolnego rynku, czy zawodności państwa i "rynków finansowych"? Spytacie się jaka jest różnica między rynkiem finansowym, a niefinansowym? Różnica jest zasadnicza. To różnica między realną gospodarką, a "gospodarką" papierową. W gospodarce realnej obraca się realnymi produktami i usługami, czyli czymś, co ma swoją wymierną wartość i co jest nam w życiu niezbędne, albo do zaspokojenia podstawowych potrzeb, albo do zaspokojenia zachcianek. To jest gospodarka realna, natomiast gospodarka papierowa, to jak sama nazwa wskazuje obrót papierem. Przepraszam, nie papierem, lecz papierami. Papierami bezwartościowymi.

W ostatnich latach gospodarka została postawiona na głowie, przestała liczyć się sfera realna, a najważniejsza stała się iluzja, na którą składały się "przewidywania analityków" i "nastroje inwestorów giełdowych", zmieniające się w zależności od tego w którą stronę powiał wiatr po tym jak Bwana Kubwa wywołał wojnę w kraju, będącym drugim co do wielkości eksporterem bananów. W tę iluzję uwierzyli niemal wszyscy, kondycja przedsiębiorstw była oceniana na podstawie cen akcji, a nie na podstawie bilansu handlowego, pieniądz przestał być uważany za miernik wartości i ludzie uwierzyli, że jest wartością samą w sobie, mierzoną wartością innego pieniądza. Na podstawie tej wiary ukuto dogmat, mówiący, że wpompowanie w gospodarkę masy pustego pieniądza pomoże gospodarce, dogmat do bólu socjalistyczny i debilistyczny. Nie muszę wyjaśniać chyba dlaczego debilistyczny, wyjaśnię dlaczego socjalistyczny, a nie liberalny i wolnorynkowy. Dlatego socjalistyczny, że wiązał się z wiarą w to, że rząd, czy bank centralny może sztucznie podkręcić wzrost, stosując tak prymitywne i przerabiane w PRL sztuczki jak zwiększenie podaży bezwartościowej forsy. Dlatego socjalistyczny, że obecnie socjaliści, etatyści i keynesiści wszelkiej maści, gardłujący o śmierci i kompromitacji liberalizmu, proponują dalszy ciąg tego samego wtłaczania pustego pieniądza w gospodarkę, tym razem poprzez deficytową pomoc rządową. Liberał… Co ja mówię, nie tylko liberał: każdy, kto ma podstawową wiedzę ekonomiczną i choć odrobinę zdrowego rozsądku wie, że pieniądz to nie wartość, a jedynie miernik i symbol wartości, a sztuczne tworzenie nowych pieniędzy z powietrza nie zwiększy wartości towarów i usług, lecz spowoduje tylko inflację i spadek siły nabywczej naszych dochodów. Zarabiając tyle samo będziemy mogli kupić mniej i to cała korzyść z "uzdrawiania" rynku przez państwo i przez "rynki" finansowe.

Obecny kryzys jest kryzysem właśnie tych "rynków", żadnych innych. Kryzysowi uległ sztuczny świat, złożony z wróżb giełdowych czarnoksiężników i rządowych "ekspertów", nie świat prawdziwej gospodarki. Bredzę? Wokół szaleje straszliwy kryzys, a ja tego nie dostrzegam? No faktycznie, nie dostrzegam. Nie zauważyłem dotąd fali bankructw małych i średnich firm, nie słyszałem o dramacie rodzinnych przedsiębiorstw, media nie poinformowały mnie o przedsiębiorcach skaczących z pierwszego piętra swojego sklepu, czy z dachu warsztatu samochodowego. Dlaczego piszę właśnie o małych i średnich firmach? Dlatego, że to właśnie wśród tych firm istniał ( w Ameryce, nie w Polsce ) wolny rynek. USA były dotąd krajem, którego realna gospodarka była gospodarką wolnorynkową, nie był to rynek wolny w pełni, ale faktem jest, że Amerykanie nie byli i nie są ograniczani koncesjami, regulacjami i gigantycznymi podatkami w takim stopniu jak Polacy. W USA więcej zależy od umiejętności człowieka, od jego pracowitości i determinacji, a mniej od wszechwładnych biurokratów. Dlatego amerykańskie firmy, te małe i te duże, nie ogłosiły masowej plajty w warunkach kryzysu. Co takiego? Branża motoryzacyjna, AIG? Cóż, wolny rynek pozwala ludziom działać, ale nie eliminuje ich głupoty i nieudolności. Jeśli władze jakiejś firmy doprowadziły tę firmę do bankructwa, to nie jest to winą wolnego rynku, jest to winą wyłącznie tych, którzy firmą nieudolnie kierowali, zadłużając ją lub nie potrafiąc przyciągnąć klientów. Na wolnym rynku takie firmy upadają i jest to bardzo dobry proces, prowadzi to do wyeliminowania kiepskich przedsiębiorstw i do zastąpienia ich nowymi, lepszymi. Pokazuje to też, że wolność to także odpowiedzialność za własne czyny i decyzje. Niestety, rząd USA postanowił zlikwidować odpowiedzialność, a przez to zlikwidował wolny rynek i wspomógł bankrutów pieniędzmi, pochodzącymi z podatków płaconych przez tych przedsiębiorców i pozostałych obywateli, którzy wykazali się rozsądkiem i nie doprowadzili swoich firm lub rodzin do bankructwa.

Decyzje podjęte przez rząd Busha, a potem przez rząd Obamy, to nie tylko pogwałcenie wolności gospodarczej, to zwykłe zdzierstwo, zabieranie zdolnym i dawanie nieudolnym, którzy często dorobili się więcej niż zdolni, tyle, że nie pracą, a premiami i odprawami. Amerykanie wciąż wierzą w wolny rynek, choć tego rynku jest coraz mniej, coraz więcej jest za to socjalistycznej promocji badziewia i tandety. Ja życzę im, by tej wiary nie stracili i by następcą Obamy został za cztery lata ktoś, kto zna się na gospodarce i kto przywróci normalność. Normalność, czyli sytuację, w której państwo nie przeszkadza zaradnym i nie pomaga bankrutom. A co z tą Polską? Z tą Polską po odejściu Wilczka, w której wolności jest tyle, co kot napłakał? W tej Polsce trochę zmienia się na lepsze, za kilka dni wchodzi w życie jedno okienko i ograniczenie liczby kontroli oraz parę innych udogodnień dla przedsiębiorców. To plus, wielki plus, choć biznes nadal jest krępowany wieloma ograniczeniami. Nadal mamy masę koncesji, zezwoleń, regulacji i biurokracji, nadal mamy sztuczne zawyżanie cen przez rząd poprzez wszelkiego rodzaju akcyzy, opłaty i jeden z najwyższych podatków VAT w Europie, nadal mamy też zły system ubezpieczeniowy i wiele innych wad i defektów. To trzeba zmienić i większość z tych rzeczy można zmienić w prosty sposób, nie trzeba tworzyć Bóg wie jakiego prawodastwa, wystarczy zlikwidować parę agencji, parę koncesji, zmniejszyć podatki akcyzowe i VAT a także ograniczyć prawny bałagan i zastąpić go prostszymi, bardziej przejrzystymi przepisami. Z ubezpieczaniami może być trudniej, to robota na dłuższy czas, bardzo trudna, wymagająca ostrożności i wiedzy zamiast populizmu. Mimo to da się to zrobić. Raczej nie teraz, nasz rząd boi się wszelkich odważniejszych działań, ale kiedyś zmiany trzeba będzie wprowadzić i lepiej wcześniej niż później. Ech, gdyby tak Wilczek wrócił…

Reklama

14 KOMENTARZE

    • Masz rację, była wtedy wolność.
      I jakoś nikomu ona nie przeszkadzała, przeciwnie, miliony ludzi założyło wtedy własne firmy, bądź znalazło pracę w cudzych firmach. Nigdy wcześniej ani później nie było w Polsce takiego rozkwitu przedsiębiorczości. Owszem, podatki były głupie ( teraz też nie są rewelacyjne, wprawdzie PIT i CIT w obecnym kształcie nie są tragiczne, ale już VAT, akcyzy, składki, opłaty, itd. pozostawiają wiele do życzenia ), ale nie zmienia to faktu, że sama ustawa Wilczka była najbardziej wolnorynkowym prawem gospodarczym w Europie tamtych lat. A przemyt? Z tego co wiem i co można przeczytać w ustawie, działalność gospodarcza musiała być prowadzona z poszanowaniem prawa. Przemyt jest niezgodny z prawem, więc to, że byli przemytnicy nie było winą Wilczka, ale bądź złej pracy celników, bądź zbyt wysokich ceł, bądź jednego i drugiego na raz.

    • Masz rację, była wtedy wolność.
      I jakoś nikomu ona nie przeszkadzała, przeciwnie, miliony ludzi założyło wtedy własne firmy, bądź znalazło pracę w cudzych firmach. Nigdy wcześniej ani później nie było w Polsce takiego rozkwitu przedsiębiorczości. Owszem, podatki były głupie ( teraz też nie są rewelacyjne, wprawdzie PIT i CIT w obecnym kształcie nie są tragiczne, ale już VAT, akcyzy, składki, opłaty, itd. pozostawiają wiele do życzenia ), ale nie zmienia to faktu, że sama ustawa Wilczka była najbardziej wolnorynkowym prawem gospodarczym w Europie tamtych lat. A przemyt? Z tego co wiem i co można przeczytać w ustawie, działalność gospodarcza musiała być prowadzona z poszanowaniem prawa. Przemyt jest niezgodny z prawem, więc to, że byli przemytnicy nie było winą Wilczka, ale bądź złej pracy celników, bądź zbyt wysokich ceł, bądź jednego i drugiego na raz.

  1. lepiej już było
    Akurat ja załapałem się na epizod wolności w polskiej gospodarce kiedy po raz pierwszy zakładałem firmę. Aż trudno uwierzyć jak to się odbyło.
    A wyglądało tak, że poszedłem do urzędu, chyba na pierwsze piętro. Na ścianie w gablotce wisiał wzór pisma. Wyrwałem kartkę z zeszytu i coś tam napisałem, zaczynając od słów “informuję o rozpoczęciu działalności gospodarczej od dnia….” Kartkę położyłem na stole w pokoiku, pani walnęła pieczątką i gotowe. Potem poradzono mi pójść na parter urzędu celem ustalenia podatku.
    Wcześniej oczywiście wypytałem znajomych jaką formę podatku sobie wybrać. Ustalenie podatku zajęło jakieś 5 minut i to był mój ostatni kontakt z jakimkolwiek urzędnikiem. Moja fatyga polegała od tej pory na wpłacaniu nieznacznej kwoty raz na miesiąc.
    Żadnego prowadzenia ksiąg, żadnych kwitów, zero zbierania rachunków. Kompletnie nic. Ponieważ wcześniej już miałem “normalny” etat, to nie płaciłem dodatkowego ZUS u. W innym przypadku do opłacenia miałbym dodatkowo (niewielki) ZUS.
    PS
    Do dziś jestem pod wrażeniem mego szczęścia i poczucia wolności, których doświadczyłem 2 lata temu po likwidacji działalności. Nie było to proste, nałaziłem się sporo z kwitami, ale było warto.
    Hurra! Już nie jestem prywaciarzem, tą zakałą i wrzodem na zdrowym ciele państwa! Już moge spać spokojnie nie robiąc rachunku sumienia, czy aby czegoś nie wpisałem w złą rubryczkę i przyjdzie mi zbankrutować plus za karę zgnić w lochu.
    Już nie wezwą mnie do urzędu, i nie usłyszę pytania “czy chce Pan sam zaproponować sobie karę za to dwudniowe opóźnienie w dostarczeniu kwitka?”.

    • Teraz sporo zmieni się na
      Teraz sporo zmieni się na lepsze, jeśli chodzi o łażenie po urzędach. Nieuczciwe kontrole też mają zostać w myśl nowej ustawy ukrócone. Niestety pewne rzeczy się nie zmieniają, np. koncesje. Teraz jest z tym na pozór lepiej niż za Wilczka, bo koncesjonowaniu podlega tylko sześć dziedzin działalności, wtedy jedenaście. Niestety dziś oprócz koncesji mamy także zezwolenia ( ustawa wymienia prawie 30 punktów, w których trzeba mieć zezwolenie ), licencje ( dwa punkty ) i zgody ( jeden punkt ). Tak więc za Wilczka ( w tej pierwotnej, niepopsutej ustawie ) regulowane było 11 dziedzin działalności, dziś kilkadziesiąt. Poza tym ustawa Wilczka przewidywała wydawanie koncesji "na czas nieoznaczony", z pewnymi wyjątkami, potwierdzającymi regułę, obecna ustawa mówi o koncesji na okres 5 – 50 lat, chyba, że wnioskodawca życzy jej sobie na czas krótszy. Kolejnym minusem obecnej ustawy jest ilość słów. Ustawa Wilczka była krótsza i prostsza, co jest zaletą: łatwiej jest przeciętnemu człowiekowi przeczytać prosty i jasny dokument, niż dokument długi i zawiły.

  2. lepiej już było
    Akurat ja załapałem się na epizod wolności w polskiej gospodarce kiedy po raz pierwszy zakładałem firmę. Aż trudno uwierzyć jak to się odbyło.
    A wyglądało tak, że poszedłem do urzędu, chyba na pierwsze piętro. Na ścianie w gablotce wisiał wzór pisma. Wyrwałem kartkę z zeszytu i coś tam napisałem, zaczynając od słów “informuję o rozpoczęciu działalności gospodarczej od dnia….” Kartkę położyłem na stole w pokoiku, pani walnęła pieczątką i gotowe. Potem poradzono mi pójść na parter urzędu celem ustalenia podatku.
    Wcześniej oczywiście wypytałem znajomych jaką formę podatku sobie wybrać. Ustalenie podatku zajęło jakieś 5 minut i to był mój ostatni kontakt z jakimkolwiek urzędnikiem. Moja fatyga polegała od tej pory na wpłacaniu nieznacznej kwoty raz na miesiąc.
    Żadnego prowadzenia ksiąg, żadnych kwitów, zero zbierania rachunków. Kompletnie nic. Ponieważ wcześniej już miałem “normalny” etat, to nie płaciłem dodatkowego ZUS u. W innym przypadku do opłacenia miałbym dodatkowo (niewielki) ZUS.
    PS
    Do dziś jestem pod wrażeniem mego szczęścia i poczucia wolności, których doświadczyłem 2 lata temu po likwidacji działalności. Nie było to proste, nałaziłem się sporo z kwitami, ale było warto.
    Hurra! Już nie jestem prywaciarzem, tą zakałą i wrzodem na zdrowym ciele państwa! Już moge spać spokojnie nie robiąc rachunku sumienia, czy aby czegoś nie wpisałem w złą rubryczkę i przyjdzie mi zbankrutować plus za karę zgnić w lochu.
    Już nie wezwą mnie do urzędu, i nie usłyszę pytania “czy chce Pan sam zaproponować sobie karę za to dwudniowe opóźnienie w dostarczeniu kwitka?”.

    • Teraz sporo zmieni się na
      Teraz sporo zmieni się na lepsze, jeśli chodzi o łażenie po urzędach. Nieuczciwe kontrole też mają zostać w myśl nowej ustawy ukrócone. Niestety pewne rzeczy się nie zmieniają, np. koncesje. Teraz jest z tym na pozór lepiej niż za Wilczka, bo koncesjonowaniu podlega tylko sześć dziedzin działalności, wtedy jedenaście. Niestety dziś oprócz koncesji mamy także zezwolenia ( ustawa wymienia prawie 30 punktów, w których trzeba mieć zezwolenie ), licencje ( dwa punkty ) i zgody ( jeden punkt ). Tak więc za Wilczka ( w tej pierwotnej, niepopsutej ustawie ) regulowane było 11 dziedzin działalności, dziś kilkadziesiąt. Poza tym ustawa Wilczka przewidywała wydawanie koncesji "na czas nieoznaczony", z pewnymi wyjątkami, potwierdzającymi regułę, obecna ustawa mówi o koncesji na okres 5 – 50 lat, chyba, że wnioskodawca życzy jej sobie na czas krótszy. Kolejnym minusem obecnej ustawy jest ilość słów. Ustawa Wilczka była krótsza i prostsza, co jest zaletą: łatwiej jest przeciętnemu człowiekowi przeczytać prosty i jasny dokument, niż dokument długi i zawiły.