wybory PO



share

Nieważne co, ale coś robić trzeba robić i dokładnie tyle robi Grzegorz Schetyna. Cztery lata temu wybory na szefa PO z udziałem Schetyny i Tuska pewnie byłby wydarzeniem na miarę czołówek serwisów. Dziś widzieliśmy uroczystość kulinarną połączoną z pożegnaniem złudzeń. Nowy przewodniczący PO nie dostał nawet ochłapu, ale ogryziony ze wszystkich stron gnat, a cieszył się i zgrzewał do boju, jakby ośmiorniczki Porto popijał. Bardziej przekonująco brzmiała Madzia Ogórek, gdy zapewniała, że zrobi porządek na świecie i jak trzeba to do samego Putina zadzwoni. Poza spóźnioną satysfakcją dla samego Schetyny, wybory w PO to jedna wielka komedia, klasyczne jaja z pogrzebu. Nigdy, powtórzę, nigdy podobna operacja nie wskrzesiła partii i zawsze ostatecznie grzebała lidera. Poczynając od pierwszych formacji zasiadających w sejmie, takich jak KPN, przez AWS, UW, aż po SLD.



share

Zacznę jak spece od budowania napięcia i podam kilka „interesujących danych”. Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę, że członkowie PO skorzystali z nowej formuły demokratycznej zdefiniowanej przez jej lidera, prezydenta wywodzącego się z PO i kilkudziesięciu zwolenników „nowoczesnej demokracji”. Głosowanie nogami, czyli innymi słowy komunikat: „Donald pocałuj mnie w dupę ze swoim referendum” wrzuciła w przestrzeń, a nie do urny połowa członków partii. Gdyby zastosować nową formułę demokratyczną, to Donald Tusk odnowienie stołka przegrał frekwencją. Blisko 1700 głosów komisja uznała za nieważne, to stanowi 7,8% wszystkich głosów, absolutny rekord, niespotykany w wyborach powszechnych do parlamentu (2011 rok 4,3%) i w wyborach prezydenckich (2010 0,6%). Wynik ten można tłumaczyć stwierdzeniem „nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy” albo inna ciekawostką.