stolica



share

Wybrałem się dziś do Warszawy, wezwał mnie wymiar sprawiedliwości, żeby ogłosić po raz 124 staropolską sentencję: „Co wolno wojewodzie…” dalej boję się pisać, ale powszechnie wiadomo wyżej czego nie podskoczysz. Wjechałem do Warszawy od strony Łodzi, stojąc w godzinnym korku, wyjechałem od strony Janek, czyli wylot na Wrocław. Nie ma to większego wizualnego i merytorycznego znaczenia, ponieważ wjazd do Warszawy z każdej strony jest taki sam. Na początku mamy rudery, jakieś pozostałości po spalonych hotelach i oblepione plastikowymi panelami budki z żarciem, którego porządny wiejski pies by nie ruszył. Gdy miniemy te relikty lat 90-tych zaczynają się wielkoformatowe reklamy hipermarketów. Od każdej flanki znane szyldy, kłamać i zgadywać nie będę, gdzie co jest, bo się w detalach nie przyglądałem, w każdym razie od Ikei do „Nie dla idiotów”. Za fasadą „wolnego rynku” zaczyna się szereg dziwnych inwestycji.