resortowe dzieci



share

Najbardziej opornym studentom na pierwszym roku dowolnego zarządzania z marketingiem, czy też innej komunikacji społecznej pozwala się po 3 razy zdawać egzamin, żeby nie stracić klienta. Jedno z podstawowych pytań egzaminacyjnych brzmi: „Jak się zachować sytuacji kryzysowej – metody reagowania na niekorzystną informację”. Odpowiedź nie jest trudna, a brzmi mniej więcej tak: „Wyciszać, odwracać uwagę, narzucać nowy temat”. Mają rację komentatorzy, którzy twierdzą, że funkcjonariusze z Czerskiej zatracili inwencję, ale nie mają racji jeśli chodzi o ich umiejętności. Prawdopodobnie większość z funkcjonariuszy podchodziła trzykrotnie do egzaminu, ale dzięki temu zapamiętali regułę na całe życie. Inna rzecz, że pod żadnym pozorem nie lekceważyłbym redakcji naczelnej GW, tam niestety pracują fachowcy w kategorii „zarządzanie kryzysem i przez kryzys”. Co się w takim razie stało, że GW postanowiła nagłośnić swoją kompromitację?



share

Ktoś, kto się zna, przekazał mi tak po cichu, że Jego zdaniem „Resortowe dzieci” to bardzo ważna książka, niestety fatalnie napisana. Odpowiedziałem, że nie czytałem, ale broniłem w ciemno, ponieważ życiorysy bohaterów są mi od dawna znane i pomimo wszelkich błędów każda wizyta tej wiedzy pod strzechą ma swoje błogosławione znaczenie. Jestem gotów przyjąć dawkę zarzutów z hipokryzją na czele, tylko to się zawsze lekko rzuca, ale chętnych, żeby zrobić lepiej i z definicji zostać zgnojonym od mediów, przez polityków, aż po sądy, jakoś nie widzę. Ochoczo i bez hipokryzji za krytykę wziął się redaktor Robert Mazurek, ma prawo i z tego, co mi przekazał człowiek znający się na rzeczy, ma też podstawy. Gorzej, że zamiast krytyki wyszło efekciarstwo i tandeta moralna – dwa grzechy śmiertelne inteligenta.



share

Każdy człowiek ma swój własny katalog rzeczy irytujących, w moim zbiorze poczesne miejsce zajmuje tandetne moralizatorstwo. W ramach tej kategorii jak ognia unikam wszelkich kazań dotyczących baranków bożych, które zdaniem szkodliwych idiotów całkiem niewinnie idą na rzeź. Na okładce „Resortowych dzieci” widzę tylko i wyłącznie takie twarze, które na żadną litość nie zasługują, powiem więcej, wbrew wszelkim molarnym tandeciarzom, tych ludzi należałoby usunąć z tak zwanej przestrzeni publicznej wszelkimi możliwymi metodami, a granicą jest przemoc fizyczna. Gdyby mi złota rybka, wedle życzenia, przekazała instrukcję na cios nokautujący wielopokoleniowy resort, dołączając informację, że znokautowani mają żony, mężów, dzieci i chore matki, zmachałbym się według wskazówek i bez najmniejszego zastanowienia posłał na dechy wszystkich razem i każdego z osobna.