prezes SN



share

W bieżących okolicznościach wszystko stoi na głowie i jak bardzo stoi widać po wyborach w Sądzie Najwyższym. W „starej normalności” byłaby to nie schodząca z anteny informacja, w „nowej normalności” sprawy mają się zupełnie inaczej. Nie można powiedzieć, że nikt się tym nie zajmuje, ale z pewnością to zupełnie inny poziom zaangażowania i emocji, jaki nam towarzyszył przez pięć lat zmian w „wymiarze sprawiedliwości”. Paradoksalnie te okoliczności pomogły w wyborze kandydatów na pierwszego prezesa Sądu Najwyższego i to na dwóch poziomach. Przede wszystkim Gersdorf odpuściła, wtedy Andrzej Duda oddał stery p.o. prezesa Zaradkiewiczowi, co mnie szczerze zdziwiło i zaniepokoiło.



share

Przez klawiaturę nie przejdzie mi jedno zdanie, które wskazywałoby na jakiekolwiek pozytywy panującej paranoi, nawet jeśli tym pozytywem jest koniec kadencji radcy prawnej TVN Małgorzaty Gersdorf w roli Prezesa SN. Na szczęście nie muszę naciągać rzeczywistości pod tę zasadę, bo chociaż wybór nowego Prezesa Sądu Najwyższego z całą pewnością został powiązany z „pandemią”, to przy determinacji Gersdorf i całego jej otoczenia można było zrobić bardzo wiele, aby napsuć krwi Prezydentowi RP i sabotować wybór prezesa dokąd się da. Tymczasem stało się zupełnie inaczej, SN na mocy decyzji obecnej prezes oddaje Andrzejowi Dudzie pełną inicjatywę.



share

Moje zaangażowanie w reformę sądownictwa jest więcej niż przeciętne i śmiem twierdzić, że wiedza również. Pozwolę sobie zatem na odrobinę racjonalizmu, w ramach wstępu do najnowszej diagnozy. Tematem sądownictwa przez pewien czas żyła prawie cała Polska, szczególnie w czasie wojny o Trybunał Konstytucyjny i to wówczas padały pierwsze pesymistyczne, żeby nie powiedzieć katastrofalne wizje z cyklu „Nic się nie da zrobić”. Dało się i to wiele, ale jak to w życiu bywa ludzi bardziej interesuje wojna i spektakularne detonacje, niż mozolne budowanie od podstaw.

Strony