Krzysztof Stanowski



share

Jest mi trochę głupio, dosłownie dwa dni temu wysłałem felieton do Gazety Polskiej, w którym piszę, że mierzi mnie dziennikarski rytuał rodem z magla i prowadzenie publicznych wojenek. Złośliwość losu sprawiła, że muszę zrobić wyjątek od reguły, a właściwie w jakimś sensie trzymać się reguły, ponieważ żadnej wojny z Krzysztofem Stanowskim prowadzić nie zamierzam, wręcz przeciwnie.



share

W żadnym razie nie będzie to tekst z cyklu oni są wszyscy tacy sami, wszyscy kradną, to jedna banda. Nie będzie to też tekst, w którym zechcę unikać jednoznacznej deklaracji politycznej, aby na siłę wykreować swój antysystemowy i niezależny wizerunek. Przeciwnie, już na wstępie zdecydowanie podkreślam, że tu i teraz nie tylko nie widzę żadnej formacji poza PiS, którą należy wspierać, ale uważam, że każde inne wsparcie polityczne jest szkodliwe. Z drugiej strony, nie potrafię nie chcę i zbiera mi się na wymioty na samą myśl, że miałbym cokolwiek pozytywnego powiedzieć o PO, ponieważ uważam tę formację za skrajną patologię, coś znacznie gorszego i bardziej niebezpiecznego od SLD. Pomimo tego chciałbym użyć magicznego słowa ALE i głośno wyartykułować swój sprzeciw wobec PO-PiS-owej paranoi. Równie magicznym jak „ALE”, jest „niezagospodarowany środek” i najzwyczajniej w świecie cycki opadają do ziemi, gdy się czyta ekspertów od zagospodarowania środka.