Juszczyszyn



share

Nigdy nie przypisuję sobie zasług, które należy przypisać bliźniemu i tak też będzie tym razem. Błyskotliwe spostrzeżenie, zawarte w tytule dostałem na skrzynkę mejlową w formie „gotowca” i mam nadzieję, że Autor się nie obrazi, jeśli przytoczę najważniejszy fragment, bez podawania nazwiska, do czego nie mam upoważnienia.

Treść wiadomości jest genialna w swojej prostocie i pewnie dlatego tak wielu analityków zajmujących się sądowniczą operą mydlaną nie zwróciło na to uwagi, bo prawie wszyscy są pochłonięci: prerogatywami, zabezpieczeniami i tak dalej. Tymczasem w świetle „uchwały” SN sprawy mają się następująco:



share

Nie pierwszy raz idę w poprzek oczekiwań i nastrojów prawej strony sceny politycznej i gros przypadków dotyczy wyroków sądów. Nic na to nie poradzę, życie i sądowa praktyka nauczyły mnie tratować postępowania i orzeczenia w sposób logiczny i ściśle prawny. U „cywilów”, czyli ludzi, którzy doświadczeń z prawem nie mają, jedynym kryterium są emocje i to się nigdy nie zmieni, ale gdyby się komuś chciało zapoznać z argumentacją prawną, to zapraszam do lektury. Po pierwsze i to jest naprawdę wiedza podstawowa, trzeba przypomnieć czym jest przedmiot postępowania i tutaj kłania nam się syndrom aresztu tymczasowego, powszechnie mylonego z uznaniem winy, bądź też uniewinnieniem. Jest to absolutna bzdura, co szerzej opisałem w odrębnym tekście.



share

Teza brzmi następująco: „Kasta” miała przygotowany plan anarchizacji sądownictwa, ale wyrok TSUE go spalił. Jeśli coś brzydko pachnie albo nie daje mi spokoju, to wracam do tematu, nie przejmując się różnorodnością „felietonowego przekazu”. Wczoraj popełniłem tekst o bandytyzmie prawnym i w całej rozciągłości podtrzymuję zawartą w nim diagnozę, ale ten przypadek mówi nam o czymś jeszcze i to coś jest znacznie ważniejsze od „popisu” Juszczyszyna.