Jarocin



Motto: „Porównywanie buntu pokolenia „Jarocina”, do imprezowania pokolenia „Przystanku Woodstock”, to socjologiczna brednia”. Proszę nie wyłączać i nie regulować monitorów, to naprawdę będzie inny felieton, niż się można domyślać i obawiać. Jestem pokoleniem „Jarocina”, 28 lat temu miałem długie włosy, ważyłem 60 kg i buntowałem się dosłownie przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Okres dojrzewania w moim wykonaniu przypominał mieszankę „Lotu nad kukułczym gniazdem” i „Zbrodni i kary”. Z takim wrednym charakterem i w tamtym czasie musiałem trafić na legendarny „Jarocin”. Załapałem się na jedną z ostatnich edycji i prawdę mówiąc to już nie było to, co znałem z opowieści starszych kolegów.



share

Maciej Wąsik zadał na Twitterze krótkie pytanie. Na jaką imprezę rodzice pozwoliliby jechać swojemu dziecku, ŚDM czy „Przystanek Woodstock”? Odpowiem jak moja Mama pod koniec lat 80-tych, gdy walczyłem o bilet do Jarocina. Możesz jechać, bo ty nie pijesz i nie bierzesz narkotyków. Rzeczywiście tak było, gdy skończyłem 18 lat nie wypiłem nawet lampki szampana z tej okazji i tym bardziej nie ćpałem, potem to się wiele zmieniło, zwłaszcza w obszarze picia. Pozwoliłbym swojemu dziecku pojechać na „Przystanek Woodstock”, bo jestem pewien, że moje dziecko nie jest zainteresowane atrakcjami, jakich ten spęd dostarcza większości uczestników. Jeśli chodzi o ŚDM to w ogóle nie ma żadnego dylematu – chcesz to jedź. Umieściłem te trzy imprezy pod wspólnym mianownikiem, żeby pokazać dwie prawdy i jeden fałsz. „Za moich czasów” Jarocin był synonimem zła wszelakiego. Wszystkie mamy dostawały gęsiej skórki, gdy tylko padało złowieszcze słowo „Jarocin”.



share

Zbliża się kolejna wokanda (7 maja), którą już tradycyjnie zamierzam rozpocząć od prostowania kłamstw Jerzego Owsiaka wypowiedzianych na sali sądowej. Tradycją stało się również, że cześć faktów przedstawianych sadowi publikuję przed rozprawą. Nie inaczej będzie dziś, ale zacznę od oceny nie od faktów. Byłem w Jarocinie, chyba dwukrotnie, za każdym razem trzeźwy jak świnia, ponieważ taki miałem pomysł na życie w czasach młodocianych. Nim Jerzy Owsiak i potem Jakub Władysław Wojewódzki przerobili Jarocin z kultowej imprezy muzycznej na imienny u cioci, działo się w Jarocinie szokująco, biorąc pod uwagę otoczenie i czas, w którym festiwal się odbywał. „Jabole” lały się litrami, namioty oferujące rozdziewiczenie ogłaszały się oficjalnie przez radiowęzeł, naćpani „polską heroiną” biegali po całym mieście. Skini, ówcześni „kibole”, tłukli Punków, dzisiejszą „antifę i manifę”.