Hanka Gronkiewicz-Waltz



share

Nieustannie powraca wątek dotyczący czegoś, co można nazwać marketingiem „wymiaru sprawiedliwości”. Bierze się jakąś sprawę lub delikwenta, a następnie szacuje, czy warto go wsadzić, czy strach postawić zarzuty. Obecnie na tapecie jest troje takich ważniaków, jednego pominę, żeby siebie i Czytelników nie męczyć, ale dwóch, aż się prosi o podsumowanie. Jego Kabotyńskość Rzepliński wystąpił w programie znanej w PRL-u dziennikarki i oświadczył, że jego działania są poza jurysdykcją prokuratury. Jego Kabotyńskość poszedł dalej i w ogóle się wyłączył z prawa, na zasadzie sądzić to ja, ale nie mnie. Nie znający prawa koń by się uśmiał, natomiast człowiek jako tako orientujący się w prawie, bez zaglądania do kodeksów wie, że Kabotyńskość bredzi. Zawiadomienie do prokuratury nie dotyczy kwestii ustrojowych i funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego w wymiarze konstytucyjnym, ale powszechnego łamania praw pracowniczych.



share

W czasach, które większość działaczy i działaczek PO wspomina z rozrzewnieniem, zamiast komórek były budki telefoniczne, a w nich książka numerów na łańcuchu z powyrywanymi kartkami i automaty zapchane kapslami po piwie. Zdarzało się jednak, że budka działała, telefon miał słuchawkę, otwór na monety nie stawiał oporu i co jawiło się największym cudem, pani w centrali połączyła z Ciechocinkiem. Rozmówca, cały szczęśliwy, nabierał powietrza w płuca i darł się z przepony, że ciotka przyjedzie w czwartek, na co przechodnie nie zwracali żadnej uwagi – wiadomo, normalna rzecz, międzymiastowa. Kluczowy moment w trakcie rozmowy przychodził pod koniec kredytu, automat konsumował jedną pięciozłotówkę i pod groźbą zerwania dialogu prosił o następną. Tak było, tak wyglądało peerelowskie doładowanie konta, kto wie ten wie, kto się urodził szczęśliwie, bo po wszystkim, niech pyta mamy i taty. Okazuje się jednak, że co było wcale się nie skończyło albo zaczęło wracać.