Bieńkowska



share

O ile dobrze pamiętam to w czwartek odbyło się przesłuchanie komisarz Bieńkowskiej, które we wszystkich pokornych mediach było pokazane, jako dowcipne i brawurowe wypełnienie obowiązków przez panią Elkę. Minęło kilka dni i pojawiły się oceny przesłane z samej Brukseli, nie pozostawiające na panie Eli suchej nitki. Na 21 komisarzy jej wygłupy i brak kompetencji wylądowały na ostatnim miejscu. Nie mówię, że mnie to specjalnie cieszy, jednak medialne relacje natychmiast skojarzyły mi się z ewolucją tytułów w Gazecie Wyborczej, komentującej mój proces z panem „Jurkiem”. Zaczęło się od przegranej, potem była przegrana nie wymagająca kary i na końcu powstał dowcip roku: „Owsiak wygrał, ale przegrał”. Wyciąganie za uszy tych wszystkich przeciętniaków, z których przy pomocy kamery i pudru robi się „dynamicznych menadżerów” ma znaczenie tylko i wyłącznie na opłotkach Europy.



share

Dziś sobie trochę pofantazjuję, chociaż postaram się całkiem nie odlecieć. Zaintrygowało mnie kilka faktów zbiegających się za sobą. Każdy z nas ma tendencję do myślenia liniowego, które redukuje zjawiska i możliwości, tymczasem z wielu niuansów składają się generalia. Połączyłem sobie taśmy z ostatnimi „awansami” premiera i wicepremier Polski na kamerdynerów Europy i oto co mi wyszło. Przede wszystkim jestem coraz bardziej skłonny uwierzyć, że to nie komsomołka Merkel zabiegała o nominacje Tuska, ale było wręcz odwrotnie. Merkel to stara sowiecka szkoła i ona doskonale wie, że lepiej mieć w Polsce swojego człowieka, którego odejście grozi powrotem Kaczyńskiego, niż zajmować się jakimiś głupotami w UE, gdzie i tak Niemcy zrobią, co zechcą. Gdybym był na miejscu Merkel zrobiłbym wszystko, aby Tusk nie ruszał się z Warszawy i walczył o trzecią kadencję. Tylko z tego jednego powodu uważam, że pani kanclerz absolutnie nie zależało na „awansowaniu” Tuska.



share

Do najszczelniej zakutych głów najłatwiej dochodzi się prostym przykładem, który już zaprezentowałem w tytule. Jeden dzień jeszcze dało się wytrzymać, na drugi było ciężko, ale po czterech dniach robi się tak mdło i durnowato, że co bardziej odważni reprezentanci systemu dostają niestrawności i starają się zachować resztki rozumu. Na początku celnie trafi Jan Wróbel, który potrafi wykonać szpagat wypukły. On to zauważył, że ogólna narodowa podnieta fasadowym stanowiskiem europejskim jest niczym innym, jak przejawem prowincjonalizmu. Dokładnie tak się to prezentuje i jako żywo przypomina cudowne, punktowane, 16 miejsce polskiego sportowca na mistrzostwach świata w czymkolwiek. Gdy Wróbel przetarł szlaki odezwał się Konrad Piasecki i też nie odkrył Ameryki, choć z drugiej strony jakoś większej liczby Kolumbów nie widać. Piasecki zwraca uwagę na oczywistość, której miałem zamiar użyć parę dni temu, ale nie chciałem przegrzewać koniunktury.

Strony