audyt



share

Kiedyś to były audyty, profesjonalne, na piśmie i zbudowane z dwóch pozycji: dorsz Polaczka i laptop Ziobry. Minęło 24 godziny od spektaklu politycznego, który PiS urządził w sejmie. Nazywam rzecz po imieniu, bo to był spektakl w zamiarze i bardzo dobrze, że taki zamiar miał miejsce. Z bogatego doświadczenia wiem, że można sobie wykonywać najbardziej skrupulatne audyty i ludzki organizm tego nie przyjmie. Napisałem chyba z dwadzieścia albo i więcej tekstów, gdzie podawałem same liczby przejedzone i przepite przez guru filantropów PRL. W odpowiedzi podsuwano dziecko ze staruszką na rękach, ewentualnie odwrotnie i tyle sobie pogadaliśmy. Ludzie dorośli są jak dzieci, jedzą oczami i słuchają tylko tyle, co im wpadnie w ucho. Z tych powodów zupełnie nic bym nie zmieniał we wczorajszym przedstawieniu, ponieważ chodziło o to, żeby przed oczami stanęły wszystkie defraudacje zobrazowane prostą symboliką.



share

Kaczyński pokazał najgorszemu sortowi nie co ma, ale co może mieć. Audytem jestem w pełni usatysfakcjonowany, ale nie z tych powodów, które przemówiły do większości. Rzekłbym nawet, że mnie sama prezentacja, zwłaszcza jej początek, znudziła i zirytowała jednocześnie, ale zostawiam marudzenie, bo są rzeczy warte najwyższej uwagi. Na tle dość typowej dla sejmu paplaniny, którą ożywił dopiero minister Andrzej Adamczyk jedno rzucało się w oczy od razu. Opozycja, szczególnie spod znaku PO, siedziała wbita w fotele i chociaż dyżurny pajac Rudnicki i wcześniej Niesiołowski próbowali sobie kpić, szybko zostali sprowadzeni na ziemię. Rzecz niebywała, tak się politycy w sejmie nie zachowują. Inna sprawa, że przy zaangażowaniu politycznym i emocjonalnym człowiek łatwo popada w wizje, nie w oceny. Wziąłem tę poprawkę pod baczną uwagę i okazało się, że moje odczucia oddają realia. Potwierdzili to wspólną konferencją: Schetyna, Kopacz i Neuman.