Reklama

Wielki powrót – czy ktoś mnie jeszcze pamięta?

Uff. Długa, długa droga jest już za mną, wreszcie mam chwilę dla siebie. Wreszcie mam chwilę, żeby przelać trochę myśli na papier. Albo może raczej na elektrony, takie czasy mamy. Nie pisałem na tym blogu od zeszłego listopada, trochę mi teraz łyso. Tak wyskakuję nagle zza węgła i pytam czy ktoś pamięta. Nie żebym chciał jechać na dawnej chwale :D, co to, to nie – trza od nowa wyrąbać sobie popularność, coby ktoś tu chciał zaglądnąć. A sprawa trudna, w końcu nie mam zamiaru, jak zwykle, pisać o temacie dnia, o najświeższym info z numerkiem jeden na każdym portalu. Jak wiele razy mówiłem – to co ważne, rzadko się dzieje w Polsce (a jak już się dzieje, to trza się raczej ewakuować, a nie blogi pisać :D).

Więc kończmy ten wstępik, weźmy się do roboty. Opowiem wam historię. Parę miesięcy temu wpadła mi w rękę przedziwna książeczka – „Najazd cywilizacji”. Wydana w nieistniejącej już oficynie, w roku 1937 – pisana ręką korespondenta Kuriera Warszawskiego – Marka Romańskiego (właśc. Roman Dąbrowski) relacja z wojny Włosko – Abisyńskiej. O tej wojnie niewielu słyszało, choć stanowiła ona drugi obok wojny domowej w Hiszpanii teatr próby generalnej dla armii, które miały w zamyśle podbić świat cały. Książkę wziąłem do ręki pchnięty pożądaniem spojrzenia na ówczesny świat oczami wtedy żyjącego człowieka, zafascynowanego modnymi wówczas trendami politycznymi.Okładka - Najazd cywilizacji

Ale wracając – generalnie książeczka jest swego rodzaju gadzinówką faszystowską – autor nie ukrywa, że faszyzm mu się podoba, i aż pieje z zachwytu nad płynącymi z tego ustroju korzyściami – siłą narodu, jednością, patriotyzmem i takimi tam. Opiewa znakomitą organizację frontu, zaopatrzenie, hardość żołnierzy. Rozwodzi się nad bitnością wojska, odwiedza miejsca najważniejszych bitew. Czasem tylko wyrywa mu się informacja, że wojska włoskie we wspaniałym stylu jakąś miejscowość musiały odbijać. Hmm. Odbijać. Znaczy że najpierw zajęli, potem ich wyrzucili i mogli w końcu odbijać. To sprawiło, że zacząłem bliżej przyglądać się tematowi – w końcu 350 000 znakomicie wyposażonych żołnierzy włoskich napadło na kraj, którego armia wyposażona była głównie w dzidy. A regularna wojna trwała ponad pół roku, a w sumie partyzantka wytrwała w oporze aż do wyzwolenia przez aliantów w ’41. Więc wojna na całego. Nie wyrzucając nikomu, nasz kraj miał nieco krótszy epizod militarny po ataku silniejszych sąsiadów. Dodatkowym podtekstem jest, że nieco wcześniej, w 1896 roku Włosi oberwali od Abisynii po plecach, przegrywając wojnę mającą na celu aneksję tego kraju. Wtedy Włochy dość znacząco się ośmieszyły, tracąc szansę na wejście do pierwszej ligi państw europejskich – ciężko nazywać się mocarstwem, jeżeli przegrywa się konflikt z wojskiem uzbrojonym w pałki i dzidy.
Wyjazd żołnierzy włoskich na wojnę z Abisynią

Autor książki najbardziej oburzony jest na hipokryzję Ligi Narodów, która zdecydowała o wprowadzeniu sankcji wobec Włoch po ich ataku na Abisynię (czy jak można by teraz powiedzieć – Etiopię – kraj zmienił nazwę nieco po II WŚ). Po poskrobaniu jednak okazuje się, że sankcje nałożone na Włochy nie objęły tylko jednego surowca – mianowicie ropy, która akurat jako jedyna była potrzebna Włochom do sprawnego przeprowadzenia operacji. Część krajów, w tym USA zastosowało rozwiązanie salomonowe (nomen omen, o czym za chwilę) – wprowadziło ograniczenia w handlu np. bronią z obydwoma stronami konfliktu. Jako że Włosi uzbrojeni już byli po zęby, spowodowało to tyle, że Etiopczycy nie bardzo mieli jak kupić uzbrojenie, czy amunicję dla swojej armii. De facto te ograniczenia były uciążliwe jedynie dla Abisynii. Po wkroczeniu, wojska włoskie dość szybko dokonywały podboju kraju. Cesarz Hajle Selassje (coś to zapewne mówi fanom Kapuścińskiego 😀 i pewnie kolegom z dredami) nieco za późno zdecydował o pospolitym ruszeniu, w wyniku czego pierwszy poważny opór jego wojska mogły stawić dopiero w okolicach grudnia 35. Stawiły dość skutecznie – odbiły Aksum (o którym zaraz jeszcze trochę) i Tambien. Taki rozwój sytuacji wkurzył Duce, wymienił więc głównodowodzącego, nakazując nowemu marszałkowi, coby podbił kraj przed porą deszczową, bo później może być nieciekawie. Włosi ruszyli więc z nową energią, próbując otoczyć armię Abisynii. Posunęli się w głąb kraju, odbijając wcześniej zajmowane tereny, ale ponieśli przy tym bardzo duże straty. Tego już było za wiele, więc Włosi zdecydowali o użyciu nowocześniejszych technik prowadzenia działań wojennych – w kolejnej walnej bitwie użyli gazu musztardowego. Oczywiście tubylcy, którzy nigdy nawet nie stali koło kogoś kto wiedział co to maska gazowa, padali jak muchy. To pozwoliło Włochom nareszcie przełamać opór armii cesarskiej i po kilku dniach ruszyć w kierunku stolicy. W ciągu paru następnych miesięcy doszło do kolejnych starć, w których Włosi używali czołgów i lotnictwa. Ostatecznie pokonali główne siły Abisynii, cesarz dał nogę do Europy, a Mussolini mógł wreszcie ogłosić wielkie zwycięstwo włoskiego oręża i anektować Abisynię. A to ciekawy kraj, choć w naszych szkołach o nim nie za wiele usłyszysz :D.

Abisynia czy z nowsza – Etiopia jest kolebką religii uznawanej oficjalnie we wspólnocie wyznań chrześcijańskich – koptyzmu. Etiopia jest zamieszkiwana przez potomków rdzennych mieszkańców – nigdy nie została skolonizowana przez europejczyków, jako jedyny kraj w Afryce. W Etiopii odkryto najstarsze szczątki praczłowieka – tak zwanej Lucy. W Etiopii pito kawę, gdy nikt w Europie nawet nie wiedział, że takie coś istnieje. Etiopia jest najstarszym istniejącym państwem – obok Iranu i Japonii – istnieje od tak Cesarz Hajle Sellasje - Mesjasz Rastafariandawna, że nawet ciężko określić kiedy właściwie to państwo powstało. Zachowane do dziś zabytki piśmiennicze świadczą ewidentnie, że tam istniało już zorganizowane państwo, gdy na terenie Polski królowały niedźwiedzie 😀 – zachowały się pisma urzędowe z IV w. (w języku gyyz, oficjalnym języku ówczesnej wersji Etiopii – imperium Aksum). Język gyyz zresztą do dzisiaj jest oficjalnym językiem liturgii koptyjskiej. Etiopia posiada flagę, którą prawdopodobnie każdy z nas kiedyś widział – tak tak, te trzy kolory to nie flaga Jamajki, tylko Etiopii – Rastafarianie wyznają wiarę w cesarza Etiopii (wcześniej wspomnianego :D), gdy rasta śpiewają o raju, śpiewają o Etiopii.

W okolicach roku 1000 p.n.e. na tych terenach powstało państwo Aksum założone przez ludy które przywędrowały z Arabii. Jedną z jego królowych według podań była królowa Saba (albo inaczej Makeda), która pięknego poranka zapragnęła odwiedzić sąsiada – słynącego z mądrości króla Salomona. Wybrała się więc do jego pałacu, gdzie sobie trochę pogwarzyli, a król będący pod wrażeniem wdzięków władczyni sąsiedniego kraju zaproponował małe bara-bara. Królowa odrzuciła – jak głosi legenda – wdzięki mądrali, i poprosiła o nocleg. Król nie w ciemię bity zaproponował pokój, z jednym wszakże warunkiem – królowej nie wolno dotykać niczego z jego wyposażenia. Taki mały zakładzik – jak Saba go przegra, będzie się musiała zgodzić na wcześniej zaproponowane baraszki. Ta rozbawiona przyjęła zakład i udała się z Salomonem na wieczerzę, którą spryciarz rozkazał dobrze dosolić i dopieprzyć. Po imprezie królowa poszła spać, jednak w środku nocy rosnące pragnienie sprawiło, że wzięła stojący koło łóżka dzban i wydudlała wodę. Jako że stanowiło to ewidentne naruszenie warunków zakładu nie miała wyjścia i musiała oddać się sprytnemu królowi. Traf chciał że tej nocy Saba poczęła i po powrocie do kraju urodziła syna – któremu dała na imię Manelik (Księga Królewska w Starym Testamencie opisuje to zdarzenie bez pikantnych szczegółów, ale warto zanotować, że tam również opisano wizytę Saby u Salomona). Manelik gdy podrósł postanowił odwiedzić tatuśka. Odwiedził, pogadał, a wyjeżdżając zabrał ze sobą dość nietypowy podarunek – mianowicie złotą skrzynię, w której znajdował się oryginał jednego z najbardziej znanych książkowych bestsellerów w historii – mianowicie kamienne tablice z dziesięcioma przykazaniami, autorstwa niejakiego Mojżesza. Kościół Arki w AksumPrzywiózł ustrojstwo do kraju, gdzie ponoć jest przechowywane do dzisiaj – w świętym mieście Axum w kościele Marii Panny z Syjonu, do którego dostęp mają tylko mężczyźni. Oczywiście do kościoła – do samej Arki Przymierza dostęp ma tylko jeden konkretny facet, Strażnik Arki, który poza tym nigdzie indziej nie bywa – spędza całe życie w świątyni.

No tak – płynnie przeszliśmy do współczesnej Etiopii. Niestety nie byłem, ale z relacji które zdają wracający stamtąd podróżnicy – zmienia się tam niewiele. Jak było jeszcze kilkadziesiąt lat temu można sobie poczytać w „Cesarzu”. Obecnie nadal kraj zamieszkuje mieszanka ludów mówiąca 80 różnymi językami, nazwa głosi teraz pochwałę federalizmu (Federalna Demokratyczna Republika Etiopii), jednak tlą się konflikty pomiędzy poszczególnymi grupami etnicznymi. Informacje o kłopotach z Erytreą, (która całkiem niedawno wyodrębniła się z Etiopii) docierają nawet do nas, Europejczyków. Za inną granicą, z Somalią trwa tlący się konflikt z islamskimi fundamentalistami. Dalej kraj pozbawiony jest przemysłu, ludzie żyją jak przed wiekami uprawiając nędzne poletka. Wiele plemion w ogóle odrzuca cywilizację – nie używa pieniędzy, nie poddaje się zabiegom administracji dążącym do upowszechnienia edukacji. Kraj w oficjalnych statystykach uznaje się za jeden z najbiedniejszych rejonów świata.Matka z córką - Etiopia

Eeech – rozpisałem się, nikt pewnie nawet nie doczytał do tego momentu. A miałem plan napisać tekst o świętym mieście Aksum, o tym jak Włosi zwrócili dwa lata temu najważniejszy zabytek z niego wywieziony, o tym co właściwie wyróżnia wyznanie koptyjskie i skąd się wziął kościół chrześcijański w środku Afryki. Eeech. Może innym razem, jak się okaże, czy ktoś moje wypociny właściwie czyta 😀

 

PS. Dla ciekawych, czym się właściwie zajmowałem przez ostatni rok – info >> tutaj <<. Od 1 września system już działa, więc moja robota skończona, pozostaje tylko ściskać kciuki, żeby wszystko działało.

Reklama

1 KOMENTARZ