Marek Marian Piekarski, 8-a rocznica śmierci. Wspomnienie…

Prześlij dalej:

Marek był człowiekiem wielu pasji. Razem z Jolą (34 lata małżeństwa) z namiotem często ruszali w Kalifornię niejednokrotnie kusząc i nas tutejszym pięknem natury, wspólnie spędziliśmy wiele uroczych dni i rozdyskutowanych wieczorów pod namiotami za co jestem mu ogromnie wdzięczny. Marka ciągnęło ciągle w świat, w nowe przestrzenie, tak jakby wyczuwał, że zegar mierzący jego czas zaczyna się przestrajać na czarno. Więc były: Londyn, Puerto Vallarta (Meksyk), Hawaje, Chicago, Nowy Orlean (gdzie mieszkała młodsza córka Agnieszka), Memphis etc.

Oczywiście Marek był człowiekiem bluesa, sam od młodości „władał” dobrze gitarą, tu w Kalifornii Północnej bywał z Jolą na okolicznych festiwalach gwiazd bluesa i rocka. W krótkim czasie został managerem MOFO Party Band z Fresno i kilkakrotnie zorganizował im europejskie tournée w Polsce, Niemczech, Belgii i Czechach. Muzyka dodawała mu ciepła, uśmiechu i skrzydeł.

Marek kochał żeglowanie, wodę, ocean. Budował też piękne i skomplikowane modele historycznych okrętów i żaglowców. Uwielbiał żeglowanie po zatoce Św. Franciszka, woda i wiatr obiecywały mu swoistą wieczność.
Marek był bardzo rodzinnym facetem z zachwytem mówił o wnuczkach i mimo znacznych odległości ciągle potrafił znaleźć czas i zasoby, aby lecieć do Maryland (córka Celina), czy do pływających w falach bluesa ulicach Nowego Orleanu (córka Agnieszka). Był dumny, że Celina ukończyła słynny Stanford University.

Na częstych spotkaniach długo po północy rozmawialiśmy, spieraliśmy się na temat historii, sensu życia, historii religii i filozofii. Marek dużo czytał, lubił Platona, Kierkegaarda, Schopenhauera, ale jego ulubionym filozofem był Nietzsche.  Godzinami przy butelce Absolutu spieraliśmy się o istnienie prawdy absolutnej. Kością niezgody w bieżącej polityce był mój negatywny stosunek do Wałęsy, dla którego Marek znajdował częściowe usprawiedliwienie. Wydawało mi się, że Amerykanie wśród których się obracał identyfikowali Polskę z Wałęsą i z ruchem „Solidarności” i Marek nie chciał wprowadzać tu dysonansu poznawczego.

Na okolicznościowych zdjęciach widoczne jest, że często na spotkania ubieraliśmy się w koszule tego samego koloru, a trzeba przyznać, że Marek tego nie lubił i wybierał takie kolory, które by były dystynktywnie inne od moich. Więc kiedy rozlegał się dzwonek i otwierał drzwi, często ze zdumienia otwierał szeroko też oczy widząc mnie w takiej samej, czy tego samego koloru koszuli. To było naprawdę zabawne…

W czasie naszego ostatniego dłuższego spotkania w grudniu 2006 r. Marek w rozmowie uciekał od polityki, czy filozofii. OW jego myśleniu obecna była tylko rodzina. Kiedy wiosną 2007 r. dowiedziałem się, że przyplątał mu się rak nerki, byłem optymistą. Jednak postęp choroby był bardzo gwałtowny, nic już nie pomagało. Kiedy odwiedzając Marka chyba w lipcu spotkałem jego zięcia lekarza z słynnego Johns Hopkins Hospital w Baltimore dowiedziałem się, że to już koniec, kwestia kilku tygodni. Przywoziłem mu brzoskwinie z mojego ogrodu, które mu jeszcze smakowały, nie chciał spotykać ludzi.

Wiedziałem, że w żaden sposób nie mogę mu pomóc, ale musiałem coś zrobić, więc napisałem mu wiersz.  Kiedy mu przyniosłem, wzruszył się i poprosił abym go przeczytał na uroczystości pogrzebowej. Tak też się stało, córka Celina Corridore przetłumaczyła na angielski i również przeczytała. Na wieść o śmierci Marka na pożegnanie do kaplicy przyjechało setki ludzi z dalekich miejscowości. Marek miał 55 lat…

Strony

1793 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Jacek K.M.

Autor artykułu: Jacek K.M.