Reklama

Protasiewicz przeżył przesłuchanie na gestapo, nie sypnął i nie oddał broni ukrytej w bokserkach. „Naziści” próbowali go upić dwoma butelkami wina, które szef działu propagandy PO cudownie zamienił na dwie buteleczki. W obronie Majdanu i zniewolonej Białorusi wymachiwał deputowany immunitetem, następnie zareagował na złowrogą niemczyznę patriotycznym wykładem sięgającym czasów, gdy Niemcy byli postrzegani jak w „Czterech pancernych i psie”, nie jak w „Naszym ojcach i matkach”. Nieszczęśnik Jan Maria Rokita ma dziś swój dzień, kolega Protasiewicz przebił go i to kilkukrotnie. Raz, że nawalony jak Messerschmitt, dwa, że podniósł rękę na stosunki polsko-niemieckie histeryczną „narracją”, więcej niż pisowską, trzy, że jego tłumaczenia lepiej wypadają tylko na tle posła Chlebowskiego i to zależy, z której strony spojrzeć. Przy wszystkich ewidentnych skeczach dałoby się jeszcze z przymrużeniem oka spojrzeć na idiotę Protasiewicza. Właściwie jest jakiś urok w pijackiej fantazji, która niemieckiego celnika, czy tam innego mundurowego przeczołgała historycznie po wyczynach „jego ojca, matki i dziadków”. Przypomnienie, że nie Oświęcim, ale Auschwitz, że nie „raus”, wnuku Wehrmachtu, ale „entschuldigen Sie bitte”, brzmi słodko. Ma to swój sentymentalny wymiar, choćby tak bez powodu i sensu było odegrane. Zawsze warto sprowadzić na ziemię potomków, którzy coraz bezczelniej zaczynają bandyckich przodków nazywać bohaterskimi mamusiami i tatusiami. Niestety z Protasiewiczem nie da się, po pierwsze byłby to komediowy patriotyzm w kontekście szarży pijanego idioty, a po drugie nie potrafię się zmusić do obrony deputowanego PO. W przeciwieństwie do pajacującego Protasiewicza powiem prosto w oczy, bez robienia głupich min i zasłaniania się wielką sprawą – nie dam rady wydobyć z siebie obiektywizmu w przypadku tak beznadziejnym, jakim jest buc Protasiewicz. Wielokrotnie katował mnie nadęty propagandysta swoimi mądrościami i przy całej miałkości intelektualnej miał jeszcze tę parszywą cechę, że w co drugim zdaniu wygłaszał sentencje moralne.

Koniec Protasiewicza jest dokładnie taki jaki być powinien i grzechem byłoby psuć cokolwiek z idealnego scenariusza napisanego przez życie. Z tej przyczyny nie muszę szukać niuansów i usprawiedliwienia dla uprzedzeń, ponieważ moja subiektywna niechęć do Protasiewicza w żadnym stopniu nie zakłóca jedynej możliwej oceny sytuacji zwierającej się w słowie: „tragifarsa”. Nie ma ostatnio lekkiego życia władza ludowa, łatwo sobie wyobrazić co muszą przeżywać Tusk z Komorowskim, gdy widzą jak ukraińskie WSI-SB na kolanach przeprasza suwerena, a kandydat na premiera z kandydatami na ministrów wychodzą na Majdan i grzecznie pytają, czy mogą się starać o zaszczytne stanowiska. Tylko od tego widoku peerelowskie marionetki wschodu i zachodu rozcierają gęsią skórkę i jeszcze na domiar złego nie Niemcy Protasiewicza, ale Protasiewicz Niemców pobił. Deputowany PO podpalił Niemcy, podpalił Unię Europejską, ośmieszył Polskę jako ciemnogród pełen resentymentów i kompleksów – lada chwila popłynie powyższa recenzja z ust posła Niesiołowskiego. Zabawnie się składa, o ile dobrze pamiętam parę dni temu Protasiewicz zamienił się w Niesiołowskiego i podobne idiotyzmy wygłaszał w stronę Hofmana przebywającego na Ukrainie. Z Hofmanem są jeszcze większe jaja zbudowane na analogiach. Protasiewicz z pijackiej burdy tłumaczył się bojem o wolność Ukrainy i Białorusi, no i na koniec po pijaku nie dał sobie wyjąc broni z bokserek. Takiej komedii nie napisałby Molier, idealne „nie śmiej się dziadku z cudzego przypadku”.

Reklama

Napisałem parę akapitów i wydawać się może, że to taki zbiór dość luźno, żeby nie powiedzieć, chaotycznie powiązanych ze sobą zdań. Gdzie tu jest jakaś myśl przewodnia, gdzie chronologia i zachowanie autorstwa zdarzeń? Nie ma, ale taki miałem zamiar, który pozwoli uwypuklić pointę. Chaos, dookoła chaos, wali się jedno po drugim, detonują rzeczy poważne, jak bunt na Ukrainie, który ludowej władzy wytrzeszcza oczy ze strachu, sypie się propaganda wraz z szefem propagandy. W dodatku każde z tych wydarzeń z osobna i wszystkie razem pozostają poza kontrolą ludzkich możliwości, to życie płata figle. Pewnie mało poważnie zabrzmi obiecana pointa, ale przez całe moje ponad czterdziestoletnie życie zawsze prześladowała mnie jedna zasada: „coś za coś”, którą szczegółowo opisałem w powieści „Berek”. Cokolwiek robisz, przyjdzie ci za to odebrać zapłatę, im dłużej i bezczelniej jesteś bydlę, tym dłużej będziesz dla ludzi łachem i pośmiewiskiem. Nie tacy jak Protasiewicz przekonali się, że ta ponadczasowa zasada działa, przekonał się Hitler wywołany przez propagandystę PO, przekonał się Janukowycz i przekona się dziś udający rozbawionego Tusk, tak jak przekona się „arcybolesnie” polski Janukowycz z Budy Ruskiej. Nawet nie próbuję zgadnąć kto wygra, kto przegra w najbliższym czasie, ale na regułę „coś za coś” daję pełną gwarancję i jeszcze za mojego życia w przypadku Tuska i Komorowskiego zadziała na pewno.

Reklama

78 KOMENTARZE

  1. Bitte, gehen Sie raus!
    Co oznacza ni mniej, ni więcej, jak "proszę, niech pan wyjdzie" i nie ma absolutnie konotacji negatywnej! Skąd jednak peowski cymbał maści Protasiewicza ma wiedzieć, że w języku niemieckim istnieje coś takiego, jak czasowniki złożone typu: rausgehen (wychodzić), rausfahren (wyjeżdżać) rauswerfen (wyrzucać), gdzie partykułę "raus" stawia się na końcu zdania? Przecież ten gamoń, jego szef, jak i większość Platformy Olsena nie potrafią poprawnie sklecić zdania po polsku! Usłyszał, że ma wyjść, albo wyciągnąć (znów rausziehen;) dokumenty, zrozumiał tylko końcowe "raus" i wszczął awanturę, bo idiota nie wiedział, co do niego powiedziano :/

  2. Bitte, gehen Sie raus!
    Co oznacza ni mniej, ni więcej, jak "proszę, niech pan wyjdzie" i nie ma absolutnie konotacji negatywnej! Skąd jednak peowski cymbał maści Protasiewicza ma wiedzieć, że w języku niemieckim istnieje coś takiego, jak czasowniki złożone typu: rausgehen (wychodzić), rausfahren (wyjeżdżać) rauswerfen (wyrzucać), gdzie partykułę "raus" stawia się na końcu zdania? Przecież ten gamoń, jego szef, jak i większość Platformy Olsena nie potrafią poprawnie sklecić zdania po polsku! Usłyszał, że ma wyjść, albo wyciągnąć (znów rausziehen;) dokumenty, zrozumiał tylko końcowe "raus" i wszczął awanturę, bo idiota nie wiedział, co do niego powiedziano :/