zmiany



share

Zgadzam się w całej rozciągłości, że wróżbita ze mnie taki, jak z Komorowskiego amant, ale nie zgadzam się, że w kwestii oceny szans kandydatów zgaduję. Mamy cholernie dużo danych, wręcz prawdziwy wysyp i nic na to nie poradzę, że twarde dane są dla mnie najważniejsze. Pierdoły typu rodzinny film w stylu I Komunii kręcony kamerą „Miśka” i z udziałem 14 mniejszych i większych Komorowskich, czym się podniecają „polityczni dziennikarze” nie mają najmniejszego znaczenia. Fakty się liczą, a te są grube, niepodważalne i przesądzające o wszystkim, z wyjątkiem jednego – Komorowski jeszcze nie przegrał i Duda jeszcze nie wygrał. Co w takim razie jest pewne? Monika Olejnik w finałowej rozgrywce w doskonałym nastroju drze łacha z nowej łysej gwiazdy PO, niejakiego Idola Rutnickiego. Sasin uwieczniony na plakacie wyborczym z młodzieżowcem PiS, który nękał pytaniami spacerującego Bronka, siedzi w studio „Kropki nad i” i ani razu nie dostaje długopisem w oko.



share

Jako oszołom z ugruntowaną pozycją mogę sobie pozwolić na wiele i taki status wariata bardzo mi odpowiada, jednak w ostatnim czasie dzieje się tak dużo, że nawet mój chory umysł wszystkiego nie ogrania. Zacznę do małej prywaty, chociaż rzecz absolutnie dotyczy spraw publicznych. Wiem, ale nie powiem, dopóki ostatecznie nie zweryfikuję informacji i nie nabiorę pewności, że moje źródło będzie bezpieczne. W każdym razie mam na tapecie olbrzymiego kalibru sprawę, na którą od dawana czekałem. Prawdę mówiąc sfrajerowałem się niczym dziecko we mgle, szukając groszy w portfelach Owsiaka i jego żony, czy też jakichś drobnych sum na kontach prywatnych firm Owsiaków. Błąd, w dodatku dość kompromitujący dla mnie. Prawdziwy biznes Owsiaka jest w zupełnie innym, bardzo pikantnym miejscu (wiesz „Jurek” o czym mówię) i tam się dopiero dzieją cuda.



share

Ten rok, pod wieloma względami, był i nadal jest wyjątkowy. Większości względów nie będę przywoływał z uwagi na świąteczny czas, ale o paru chcę wspomnieć. Pierwszy raz od 42 lat spędzę święta bez Mamy, która wyjechała na roboty do Niemiec. Pierwszy raz spędzę Wigilię w trzyosobowym składzie rodzinnym. Taki nowoczesne życie, takie nowe czasy, które nie znają litości i świętości. Z nowym „duchem” idą nowe wyzwania i tak narodziły się kolejne, dla odmiany pozytywne debiuty. Pierwszy raz gotowałem barszcz i to w pełni tradycyjny, bo kiszony. Wyszedł jak u Mamy. Pierwszy makowiec nie wyszedł – klapnął płasko, zje się szarlotkę i „Afroamerykaninka”. Pierwszy raz w dzwonka kroiłem karpia, wcześniej sprawionego przez fachowców, no i to z pierwszych razów chyba wszystko. Za to wiele razy przed Wigilią wpadam w ten sam nastrój – czuję się dzieckiem.

Strony