wypadek



share

Nie mogło być dzisiaj felietonu na inny temat, po prostu nie mogło. Najważniejsze ze wszystkich ważnych rzeczy jest to, żeby znów się nie dać zaszczuć „spiskiem”. W krajach, gdzie ludzie traktują się poważnie procedury zabraniają durnym „dowcipnisiom” kpić z takich wypadków, jak ten Prezydenta Andrzeja Dudy. Jeśli na grzywkę prezydenta USA narobi gołąb to połowa ochrony łapie bydlaka i odwozi do koronera, aby przebadał go na obecność toksyn, a druga połowa wiezie prezydenta USA do kliniki. W zrusyfikowanej i zgermanizowanej kolonii nadwiślańskiej proporcje są w zasadzie te same, tylko reakcje odmienne. Połowa narodu to tłuszcza, która rży i puka się w czoło, bo przecież „to normalne, że opony pękają”. Pozostali nawet jeśli czują smród, zapobiegliwie apelują, aby głośno nie mówić o zamachu i nie narażać się na drwiny. A takiego! Drwiną to jest głupkowate stwierdzenie, że normą w przyrodzie są wybuchające opony w limuzynach prezydentów.



share

W Warszawie w czasie biegu zmarł jeden uczestnik, dwóch odwieziono do szpitala. Miałem zupełnie inny pomysł na niedzielny felieton, ale mój codzienny obowiązek polegający na ścisłej obserwacji TVN24 pokrzyżował mi plany. Tytułem nie zamierzam epatować, jedynie wziąłem sobie fragment obłędu i pokazałem jak to się robi. W tej chwili w TVN24 hartuje się stal, podnieceni reporterzy, wydawcy i prezenterzy nie bardzo wiedzą do jakiego zadzwonić eksperta, żeby się działo. Sięgnęli w panice po naocznego świadka, którym okazał się kolega z TVN24. Jak utrzymuje kolega, stał „dosłownie metr” od umierającego człowieka i widział, że był reanimowany przez medycznych ratowników na ulicy, bo za nic nie dało się przywołac karetki. Tymczasem za pięć minut zadzwonił rzecznik pogotowia i oświadczył, że ten człowiek reanimowany na oczach reportera TVN24, był przywracany do życia w karetce pogotowia, która stała metr od mety.



share

Pan Ignacy Lajkonik stanął przed drzwiami swojego mieszkania i włożył wolną dłoń do kieszeni, by na ślepo poszukać kluczy. Wolna dłoń była wolna tylko w teorii, wisiała na niej bowiem siatka z zakupami, ale ta lżejsza. Druga dłoń kurczowo przytrzymywała wielką torbę, wyładowaną po brzegi cięższymi zakupami, w tym kilkoma bakłażanami, nabytymi na straganie niezawodnego pana Modesta. Prawdę mówiąc, pan Lajkonik ledwie dotarł do swojego bloku i z trudnością wdrapał się po schodach – tego dnia zrobił naprawdę solidne sprawunki. Ale też jak można się było oprzeć powabowi pysznych jesiennych jabłek, smakowitych championów, złotych rubinów czy wytrawnej szarej renety? Albo wielkich, żółtych gruszek lukasówek? A brukselka, szanowny Czytelniku, przyrządzana al dente, z zasmażką lub bez? A wspomniane już bakłażany, grillowane lub podsmażane? A może byśmy tak wrócili do pana Ignacego, bo stoi, biedak, pod drzwiami, i gmera w kieszeni?

Strony