ustawy



share

Jest taka kabaretowa piosenka, w której da się usłyszeć refren: „Ja wiedziałem, że tak będzie”. W przypadku ostatnich działań PiS można ten refren śpiewać w ciemno i nie da się spudłować. Z chwilą, gdy sam Jarosław Kaczyński, w towarzystwie anonimowego młodzieżowca PiS, odpalił temat zastępczy, przynajmniej tak się mu wydawało, a w rzeczywistości odpalił kolejny kryzys w obozie władzy, wiedziałem jak to się skończy. Przede wszystkim łatwo było przewidzieć ożywioną „debatę publiczną” i straty we własnym obozie, wystarczyło sobie przypomnieć pierwsze podejście do ustawy „futerkowej”. Dalej też nie ma wielkich trudności z odczytaniem przebiegu przyszłych wydarzeń, wszystko do bólu przewidywalne.



share

Od marca ślepy zobaczy i głuchy usłyszy, że mamy w PiS kryzys polityczny, porównywalny z kryzysem w 2010 roku i nie chodzi o katastrofę smoleńską. Przypomnę, że wówczas zaczął się rozpad i powstały różne kanapy polityczne, najpierw PJN, o którym nikt już nie pamięta, potem Solidarna Polska, póki co zachowująca swoją tożsamość. Napisałem, że kryzys jest porównywalny, co nie znaczy taki sam. Inne są okoliczności, zupełnie inny układ sił i kompozycja całej sceny politycznej, ale rozjazd w ramach jednej formacji jest widoczny gołym okiem. Na chwilę przed zwycięstwem w 2015 roku i tuż po, PiS miał przemyślaną strategię i szedł jak burza ze zmianami. Było to możliwe wyłącznie dzięki jedności całego obozu, który przede wszystkim się bronił i atakował wspólnego wroga. Dziś to wygląda zupełnie inaczej.



share

Jest rok 2016, rząd Beaty Szydło ustawia poprzeczkę w takim miejscu, że cała reszta odstaje. Najmniejszy przejaw nieuczciwości, czy sięgania po cudze, kończy się dymisjami, nawet człowiek Macierewicza, po interwencji Kaczyńskiego, zostaje zwykłym „Miśkiem”. Na przełomie 2016 i 2017 zaczynają się zgrzyty, „przaśną Panią od gotowania rosołu” zastępuje europejskiej klasy bankier Morawiecki. Parę chwil później Beatę Szydło dobija własna partia, bo w mediach zaczyna krążyć słynne „te pieniądze nam się należały”. I to była największa afera w rządzie „przaśnej” Beaty Szydło, nie licząc żenującego Misiewicza, którego z wielką pasją bronili „najprawsi z prawych”.

Strony