spokój



share

Systematycznie wracam do tematu ateizmu i religii, ale od kilku lat mam bardzo ukształtowany zestaw argumentów przeciw religijnemu fundamentalizmowi i ateizmowi, który robi za fanatyczną modę. Z kwestią wiary moim nieskromnym zdaniem powinno być jak z seksem, to sprawa każdego z nas i nikt nikomu do wyra nie powinien włazić, w każdym razie nie proszony nie powinien włazić. Jednak są takie kwestie związane z seksem, które siłą rzeczy omawiamy publiczne. Znamy te wszystkie dialogi na pamięć, w związku z tym nie będę nikogo w sobotę katował. Ateizm kontra wiara też ma swoją publiczną sferę i o tym warto mówić. Wyjątkowo przyznam rację wnukowi rabina Janowi Hartmanowi, że ma prawo do robienia takich komedii, jakie uważa za śmieszne. I wyjątkowo nie przyznam racji katolikom, którzy podnoszą larum i krzyczą o bluźnierstwie. Proponuję mały kompromis.



share

Dzieje się tyle, że w pogoni za biegiem zdarzeń jakoś umknęło bardzo pożyteczne zjawisko, o które wielu doradców PiS modliło się dość długo. Wieść gminna niesie, że to nie żaden „doktor” od wizerunku, tylko zwyczajnie Prezes się wku…ł na to, co zobaczył w telewizji i tak powstał pomysł, żeby lebiega medialna z PiS do mediów nie trafiała. Długo nie trzeba było czekać na reakcję z tamtej strony, dziwię się, że jeszcze nie przeczytałem o stalinizmie, czy też segregacji rasowej, ale święte oburzenie pojawiło się od ręki. Jakaś blondynka z Polsatu napyskowała, że Prezes nie będzie jej ustawiał ramówki, inni się żalą, że zaczęła się droga przez mękę, bo przecież są posłowie wyspecjalizowani, zasiadający w komisjach i tak dalej. Postanowiłem z grubsza zweryfikować demagogię i daleko nie musiałem sięgać, wystarczyło pogrzebać we łbie.



share

Od czasu do czasu powracam do swojej hipotezy, a właściwie domysłu, którym staram się tłumaczyć spokój „układu”. Prawie wszyscy komentatorzy po prawej stronie są zgodni, że wiadome siły muszą namaścić następcę dogorywającego „lidera”, bo jakaś fasada władzy dla konkretnych interesów być musi. Podobna jedność myśli obowiązuje w prostej konstatacji, że następcy póki co nie widać i to jest coś absolutnie nowego. Panuje niespotykany spokój, nie widać żadnych nerwowych ruchów, chociaż już wiadomo na pewno, że obecnym rozdaniem dłużej niż do końca kadencji grać się nie da. Nawet nie chodzi o to, że nie ma sposobu na reanimację Tuska, przy jakichś nadzwyczajnych wysiłkach pewnie by się dało, jednak pytanie brzmi po co? Po pierwsze nakłady niewspółmierne do ewentualnych zysków, po drugie znacznie łatwiej i pewniej wyciągnąć nowego królika z kapelusza, który siłą debiutu da gwarancje na pierwsze lata, a potem się zobaczy.

Strony