rock



share

O ile wspomnianego w poprzedniej części tekstu Ala Yankovicia można nazwać królem rockowej parodii, to nie tak dawno odkryłem księcia w tej konkurencji. A może nawet arcyksięcia – następcę tronu? Kilka lat młodszy od „Weird Ala”, muzyczną karierę zaczął pokolenie później, ale w niczym mu nie ustępuje. Panie, panowie – poznajcie Richarda Cheese.



share

Poprzednia część pozostawiła nas w okolicach albumu „The Dark Side Of The Moon” grupy Pink Floyd, wykonanego jednak a capella, i to na poważnie. Jednak w muzyce nie wszystko i nie zawsze jest na poważnie. Żartują sobie muzycy symfoniczni, jak przywołany w cz. I Peter Breiner, bo czymże, jeżeli nie żartem, są jego nagrania utworów The Beatles, zaaranżowane tak, jakby powstały w baroku?

Żartują także wykonawcy rockowi – jak David Lee Roth, który niedługo przed rozstaniem z kapelą Van Halen nagrał solo jeden z najsłynniejszych coverów lat 80’ – „Just A Gigolo/ Ain’t Got Nobody”, kpiąc z własnego gwiazdorskiego statusu:



share

Jak już kiedyś pisałem, muzyki słucham od Sasa do Lasa i od Bacha do Ojstracha (Ojstracha może niekoniecznie, ale rym pasował). Jak zorientować się w tym saskolaskim gąszczu? Oto jedna z zasad, którymi się kieruję: Lubię, kiedy muzyka mnie zaskakuje, kiedy konkretny utwór lub wykonawca uruchamia pewien kontekst. Najczęściej tak się dzieje w przypadku coverów. Cover, który zaskakuje? Co ty, chłopie, bredzisz? Przecież to już było! Powiedzą pewnie niektórzy. A jednak.

Są oczywiście covery, które nie zaskakują, wykonane mniej więcej w tym samym stylu, co oryginały. Przykład pierwszy z brzegu, dość ciężki: „War Pigs” w wykonaniu oryginalnym (Black Sabbath)…

…i w moim ulubionym – Faith No More:

Strony